Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
czwartek, 02 sierpnia 2012

Mecz z Argentyną ostatecznie potwierdził, że we wtorek z Bułgarami polscy siatkarze przeszli chwilową zapaść spowodowaną dekoncentracją. Na pewno nie wpisują się w atmosferę przeżywanych w Londynie „igrzysk po naszemu”, w której to zawsze komuś coś się nie udaje, coś zaskakuje, przeciwnik ma dzień konia, a naszym sportowcom rywala jest zwyczajnie żal.

Siatkarze, zresztą jak wszyscy liczący się przedstawiciele sportów zespołowych, jadą na igrzyska do roboty, a nie na przyjemne wakacje połączone ze zbieraniem znaczków i autografów, harują od pierwszego do ostatniego dnia, a taki sam cel jak oni (w naszym przypadku złoto) mają przynajmniej cztery inne ekipy. Nie pomniejszam innych sportów, nie wartościuję sukcesów, ale przez 14 dni goście ci muszą być w pełnej gotowości, utrzymywać dyspozycję fizyczną i psychiczną, zbierać się co drugi dzień do walki, co akurat w ich przypadku korzystne nie jest, bo w turniejowych bojach - czy to Liga Światowa, czy mundial, czy mistrzostwa Europy - przyzwyczajeni są do rywalizacji do kilkanaście godzin.

Mecz z Bułgarami nie wyszedł naszym z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że przetrzebiony, ale wyjątkowo zmobilizowany rywal nie miewał słabych chwil.

Spokój, jakim imponował po porażce trener Andrea Anastasi, kazał jednak czekać czwartku bez obaw. I stało się - Polacy jak we wszystkich tegorocznych występach bili przeciwnika aż miło. Znów sprzedali esencję swojej siatkarskiej filozofii, w myśl której tłamszą rywala zagrywką, a w ataku są bezwzględnie skuteczni już pierwszej po przyjęciu akcji. Znów grali wszyscy, znów byli zespołem, znów urządzili demonstrację siły.

Wracając dziś do wioski olimpijskiej znów powinni nosić wysoko głowy, jakby na przekór londyńskiej smucie, która rozciąga się na całą, ponad 200-osobową reprezentacją.

Siatkarze, choć przegrali z Bułgarami, nie narzekają, że wszystko oraz wszyscy przeszkadzają i w ogóle nie dopisuje im szczęście. Rozbijając Argentynę 3:0, udowodnili, że wciąż są jednym z najpoważniejszych kandydatów do złota. Oby swoją pewnością zarazili pozostałych członków naszej ekipy, którzy jeszcze olimpijskich zmagań będą mogli posmakować.

19:16, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 czerwca 2012

Za czwartkowy występ w „Kropce nad i" u Moniki Olejnik specjaliści od wizerunku przyznają kapitanowi reprezentacji Jakubowi Błaszczykowskiemu wysokie noty. Był nienagannie ubrany i uczesany, mówił płynnie. Sześć razy niepytany wracał do – jak ją nazwał – „niefortunnej" wypowiedzi na temat skąpo wydzielanych przez PZPN biletów, za którą zbiera teraz razy. Powtórzony za Robertem Lewandowskim manewr z podarowaniem koszulki też wyszedł fajnie,  bo prowadząca włożyła ją na zakończenie.

Oczywiście Błaszczykowski ma prawo przyjmować zaproszenia do wybranych programów, ale poszedł na łatwiznę. Wiedział, że dziennikarka polityczna, nawet dociekliwa, nie zada mu trudnych pytań o przygotowanie fizyczne, atmosferę w drużynie. Być może piłkarz uznał, że kwadransem promocji zatrze złe wrażenia po nieprzystających do klasy kapitana reprezentacji wypowiedziach zaraz po meczu z Czechami. Nie zatarł. Najzłośliwsi skwitowali występ: „Miał być Hugo Boss, wyszła Biedronka".

Mnie lider reprezentacji też rozczarował. Nie dowiedziałem się, czy piłkarze zdają sobie sprawę, jak wielką szansę na sukces i promocję futbolu zmarnowali, i czy nadal chcą pracować z Franciszkiem Smudą, czy może – o czym coraz głośniej opowiadają będący przy drużynie – krytykowali go zaraz po ostatnim gwizdku na Euro.

Ale razy powinien zbierać nie tylko Błaszczykowski. Nie wymagam, by w mediach o przyczynach niepowodzeń dyskutowali młodzi Rafał Wolski czy Marcin Kamiński bądź mniej obeznani z polskimi realiami Ludovic Obraniak i Sebastian Boenisch. Są jednak w tej drużynie liderzy lub tacy, którzy chcieliby nimi być. Nie spodziewam się, że będą opowiadać o tym, ile czasu zajmowała im batalia z prezesem o premie, dlaczego nie przepada za sobą dwóch kluczowych dla kadry piłkarzy i czy przekłada się to na klimat w drużynie ani nawet o nocnych hotelowych harcach po meczu z Andorą.

Chciałbym jednak, by zachowali się jak reprezentanci drużyny wracającej po batach na mundialu w Niemczech czy na poprzednim Euro. Tamci mieli odwagę, by z kibicami przez media rozmawiać, mimo że ich trenerzy zamykali się w sobie, szukając winnych dookoła.

Tym razem było odwrotnie. Smuda co prawda nie pojechał do fanzony z piłkarzami, ale podziękował za pracę z reprezentacją od razu po porażce, udzielił wywiadów, w których mniej lub bardziej udolnie podsumował 2,5-letni czas kadry. Pozytywnym wyjątkiem był Marcin Wasilewski. Obrońca Anderlechtu powiedział dziennikarzowi „Rzeczpospolitej", co myśli: „Jak pojechaliśmy w niedzielę do fanzony i widziałem zawiedzionych kibiców, to nie chciałem słuchać, że nic się nie stało. Nie chciałem podziękowań. Należał nam się kopniak w dupę, a nie brawa (...). Zostawiliśmy na boisku całe serce, ale naprawdę ciężko było to tak koncertowo zepsuć. (...). My, piłkarze, wychodzimy na boisko i realizujemy wizję trenera. (...) Można pytać, co by było, gdyby były inne zmiany albo ustawienie, ale teraz to nie ma sensu".

Po zapewnieniach, że mamy drużynę XXI w., spodziewałem się, że poza Wasilewskim są inni wojownicy zdolni do konfrontacji nie tylko na boisku, ale i poza nim. A na razie wygląda na to, że mamy chłopców gotowych tylko do miłych rozmów i chowających się w chwilach niepowodzeń. Być może ten brak charakteru najlepiej tłumaczy naszą porażkę. 

23:37, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (21) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Ledwie kilka dni temu wielu szacownych ekspertów wzywało, by nie zastanawiać się, co by było, gdyby udało się wbić Grekom dwa gole, z Rosjanami nie stracić żadnego, a trener Franciszek Smuda nastawił Polaków na nieco bardziej ofensywnym styl podczas zakończonego dla nas Euro. Słysząc i czytając, z jaką łatwością ci sami podważają teraz kandydaturę Waldemara Fornalika na nowego selekcjonera, nieśmiało zaapeluję, byśmy zawczasu nie uznawali go za zahukanego, pozbawionego europejskich doświadczeń prowincjusza, który z kadrą na pewno sobie nie poradzi.

Nie pójdę w osławioną retorykę PZPN-owej wierchuszki, która przy wyborze każdego selekcjonera wybrzmiewa „nie będzie obcy pluł nam w twarz”. Wierzę za to na słowo Zbigniewowi Bońkowi, że żaden zagraniczny szkoleniowiec nie przyjdzie nam uzdrawiać futbolu, tylko zgarnąć sowity kontrakt.

Drugie to czas. Jest go mniej niż mało. Do jedynego towarzyskiego spotkania z Estonią przed walką o mistrzostwa świata zostało niewiele ponad miesiąc. Nowy, zagraniczny szkoleniowiec będzie mógł oczywiście liczyć na wsparcie współpracującego ze Smudą Jacka Zielińskiego, ale jeśli olśni go własna, ryzykowna wizja, po jesiennych meczach z Czarnogórą, Mołdawią i Anglią może być już po wszystkim. Oczywiście możemy łudzić się, że odkryjemy nową, zagraniczną trenerską perełkę, która w try miga znajdzie lekarstwo na nasze piłkarskie bolączki i śpiewająco przeprowadzi nas przez mundialowe eliminacje. Ale to tak samo, o ile nie bardziej ryzykowne niż postawienie na kogoś, kto wchodząc do wielkiego reprezentacyjnego futbolu z przaśnej ligowej rzeczywistości, może potknąć się już na progu.

Ustami prezesa Grzegorza Laty PZPN ogłosił wczoraj, że w walce o selekcjonerski stołek zostali już tylko Fornalik i 66-letni Berti Vogts, ostatni trener, z którym Niemcy wygrały wielką imprezę (Euro 1996). Nie wierzę, że władze związku biorą kandydaturę tego drugiego na poważnie. Powiedziały o nim, bo jego menedżer przysłał ofertę współpracy, podobnie zresztą jak nieustająco starający się o angaż Hiszpan Javier Clemente. PZPN samemu zagranicznego trenera nie szuka, nie ma nawet na niego pieniędzy, więc tego, że następcą Smudy zostanie nasz rodak, jestem więcej niż pewien.

Jeśli tak, czy kadrę oddalibyście w ręce nikomu nieznanego w trenerce Piotrowi Nowakowi? Były reprezentant poparcie wśród kibiców ma spore, ale bardziej przypomina ubiegającego się z czarną teczką o prezydenturę Stana Tymińskiego niż wizjonera, który po podboju Ameryki ma pomysł na polski futbol. A może oddać drużynę Maciejowi Skorży, który dokonał cudu nad Wisłą, nie zdobywając z Legią pewne mistrzostwo Polski, a wcześniej wystawiając na pośmiewisko Wisłę Kraków, która przerżnęła eliminacje Ligi Mistrzów z Lewadią Tallin?

Nie mówmy zresztą o innych, zastanówmy się nad Fornalikiem. Oczywiście nie mam pewności, że nie przyjdzie mu do głowy wojowanie z Anglikami z Piotrem Stawarczykiem czy Maciejem Jankowskim (podaję ich nazwiska ze względu na ich pozycje, o które w naszej reprezentacji będzie martwił się każdy trener), ale oskarżanie go a prori o selekcjonerską indolencję, to tak samo, jak skazywanie kierowcy z Przasnysza, że po wjeździe do stolicy na pewno spowoduje śmiertelny wypadek.

Nie jest winą Fornalika, że nie dostał szansy w Legii, Wiśle, czy Lechu. Pracując w trudnych, momentami fatalnych warunkach dociągnął Ruch do wicemistrzostwa kraju i finału Pucharu Polski, od trzech lat kontynuuje pracę w tym samym miejscu, co jest w Polsce godnym odnotowania ewenementem. To on, nie mając piłkarskich artystów, ustawił taktycznie ligowy zespół na tyle, że miał on własny styl, piłkarze nie dawali się zabiegać rywalowi, samemu będąc skutecznym przede wszystkim w dopracowanych w szczegółach stałych fragmentach gry.

Mam wrażenie, że Fornalik - zanim jeszcze objął kadrę - stał się zakładnikiem swojej „niemedialności”. To, że nie zarzuca dziennikarzy bon motami, nie był bohaterem żadnego skandalu i nikt nie pamięta jego kontrowersyjnej wypowiedzi, nie skazuje go na brak autorytetu u kibiców i gwiazdek reprezentacji. Spróbujmy choć uwierzyć, że Fornalik po wejściu do renomowanej restauracji będzie wiedział, jak posługiwać się sztućcami i nie pozwoli sobie, by siedzący razem z nim pluli mu do talerza.

20:12, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (8) »
środa, 20 czerwca 2012

Miałem w głowie taki scenariusz: 80 minuta meczu z Czechami, trener Franciszek Smuda wpuszcza na boisko Rafała Wolskiego. Ten strzela dwa gole, Polacy zwyciężają 2:1 i odliczają dni do ćwierćfinału Euro. Nic takiego się nie stało, bo stać się nie mogło - dziś najbardziej utalentowany polski piłkarz ostatnich lat odlicza dni do operacji. Czerwiec 2012 r. zamiast być jego miesiącem życia, stał się miesiącem udręki.

Wiosnę w lidze pomocnik Legii miał znakomitą, ale już w końcówce bardziej niż z rywalami walczył z własnym urazem. Wydawało się, że to tylko zwykłe obtarcie pięty, które szybko można zaleczyć. Niestety, przerodziło się w przewlekłą dolegliwość, tzw. ostrogę, która co jakiś czas daje boleśnie znać o sobie.

Mimo słabszej końcówki rundy trener Smuda powołał go na Euro. Nie w rezerwie, a w 26-osobowej kadrze, później już do drużyny, w którą kibice tak bardzo przez ostatnie tygodnie wierzyli. Niespełna 20-letni Wolski miał być perełką, która błyśnie w kluczowym momencie turnieju. Nie wyglądał jednak najlepiej w końcówce zgrupowania w Austrii, później tracił swoje walory i choć kontuzja pięty nie była tak dotkliwa, by wyeliminować go z gry, odbiła się na formie zawodnika. Smuda, choć taki wariant też rozważał, ostatecznie zrezygnował z wpuszczenia piłkarza na boisko.

Wolski wrócił do klubu, ale zamiast jechać na urlop i przygotowywać się do rundy, szykuje się do operacji, która zwolni go z treningów na około miesiąc. Taką decyzję podjęli we wtorek lekarze. Rehabilitacja może ten czas wydłużyć, co niestety znów zablokuje Wolskiemu drogę do kadry, tym razem w eliminacjach do mistrzostw świata.

Jeśli ktokolwiek z kibiców uzna, że poświęcanie młodziakowi z Warszawy tyle czasu i miejsca nie ma sensu, odsyłam go do słów dla Rzeczpospolitej mojego bohatera tego Euro, Marcina Wasilewskiego. - Mamy dobrych zawodników. Jak patrzyłem, co na treningu wyprawiał Rafał Wolski, to myślę, że w przyszłości będzie liderem kadry, jakiego nie mieliśmy dawno.

Piłkarzy reprezentacji na Euro można podzielić na tych, którzy zawiedli, zachwycili i byli nijacy. Dla Rafała trzeba powołać jednoosobową grupę - największego pechowca tych mistrzostw.

Powodzenia Rafał.

13:46, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 17 czerwca 2012

Nie ma jednoznacznej oceny zakończonych dla nas mistrzostw. Zaburza ją cywilizacyjny skok i organizacyjny sukces, które powiodły Polskę do prawdziwej Europy; dobre wrażenie, jakie zostawili nasi piłkarze zupełnie nieadekwatne do wyników i ostatniego miejsca w grupie; oraz mgliste perspektywy, że w kraju zacofanym piłkarsko i trenersko można zbudować coś lepszego niż oglądaliśmy w meczach z Grecją, Rosją i Czechami.

Jeśli brać przedturniejowy planu minimum, którym było wyjście z grupy, wynik ten oczywiście rzeczywiście jest porażką. Ale czy aż tak dotkliwą, skoro z tej samej grupy nie wychodzą typowani do mistrzostwa w całych mistrzostwach Rosjanie, a z awansu cieszą się Grecy, którzy nie oddali w trzech meczach nawet 10 celnych strzałów?

Właściwie do każdej tezy da się zebrać wystarczająco argumentów, by ją obronić. Rozpalone głowy kibiców mogą wyklinać Franciszka Smudę za brak odpowiednich reakcji w trakcie meczu, niewykorzystany komfort pracy w bezstresowej towarzyskiej rywalizacji z drużynami, które do Euro musiały walczyć w eliminacjach, czy wreszcie złą selekcję, pomijanie w niej graczy z charyzmą, czy przysposobienie obcokrajowców powołujących się na polskie korzenie tylko na potrzeby wielkiej imprezy i chęci promocji.

Mniej radykalni fani zwrócą uwagę, że po raz pierwszy od 1986 r. do ostatniego meczu wielkiego turnieju mieliśmy szansę na sukces, rozegraliśmy trzy świetne połowy każdego z trzech spotkań tego Euro i mamy kilku wychwalanych przez zagranicznych fachowców graczy klasy światowej.

Trudno znaleźć nam dystans, bo obserwowaliśmy Euro z bliska, widząc jak wśród Polaków rośnie bez opamiętania wiara w historyczny sukces, a później wraca znana nam od lat frustracja z powodu niewykorzystanej szansy. Niektórym wystarczało nawet poczucie, że wreszcie nie dojdzie do kompromitacji, jak to było w kilku poprzednich turniejach, ale i tak euforia wzięła górę nad rozumem. Mało kto racjonalnie spoglądał, że to futbol właśnie, a w nim granica między niebem a piekłem jest tak niewielka, jak odległość, z jaką piłka mijała bramkę naszych rywali po licznych sytuacjach, które drużyna Smudy w tym turnieju stworzyła.

Miotając się między zadowoleniem, a wściekłością dostałem list od byłego reprezentanta Polski w sportach zespołowych, który wiedzie teraz spokojne życie za granicą. Tuż po meczu z Czechami napisał m.in: „Teraz zacznie się rozliczanie, które niczego nie zmieni. Z jednej strony szkoda mi Smudy, bo stworzył coś wspaniałego, widziałem drużynę, która naprawdę walczy, nawet jeśli tylko dlatego, że byliśmy jednym z gospodarzy i mecze odbywały się w Polsce. Z drugiej strony była wielka szansa wyjścia z grupy, bo jak nie teraz to kiedy? Niestety, daliśmy ciała. (...) Czego zabrakło? Każdy będzie miał inną wersję i każdy będzie miał rację. A ja powiem tylko tyle, że jestem Polakiem żyjącym na obczyźnie i nigdy nie byłem tak dumny z Polski jak teraz”.

Nie wiem, czy spadnie głowa Smudy - mimo jego deklaracji - bo kandydatów na następców wśród polskich trenerów nie widać, a PZPN na zagranicznego fachowca raczej się nie napala. Wiem za to, że na pewno nie jest to przegrane Euro.

14:54, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (22) »
sobota, 16 czerwca 2012

Były Prezydent Aleksander Kwaśniewski był moim gościem w Euro Cafe w Polsacie Sport. Po drugim pytaniu oniemiałem, bo wygłosił autentyczną odprawę przed meczem Polska - Czechy.

Dziś fragmenty tej rozmowy ukazały się w Gazecie Wyborczej, tu cała spisana jego wersja.

Przemysław Iwańczyk: Szczęsny czy Tytoń?

Aleksander Kwaśniewski: Trzymałbym się na miejscu trenera Smudy zasady, że drużyny, której poszło dobrze, się nie zmienia. Tak więc Tytoń.

Bez wahania?

- Trzeba znać wnętrze drużyny, by wskazać bez wahania. Może to zrobić tylko trener, który wie, jaką rolę w budowaniu ducha drużyny odgrywają poszczególni zawodnicy. Być może właśnie Szczęsny jest takim zawodnikiem, od którego zależy atmosfera, nastrój - wtedy pozycja nie wynika z postawy w jednym czy drugim meczu, ale z pewnej hierarchii w zespole.

Wszyscy byliśmy zachwyceni interwencją Tytonia parę sekund po wejściu na boisko w meczu z Grecją, ale jeszcze ciekawsze były jego poczynania w meczu z Rosją; był spokojny, dawał poczucie pewności, pokazał dobre rzemiosło. Wprawdzie nie był zmuszony do jakichś nadzwyczajnych interwencji, ale robił wrażenie niezwykle przyzwoite, był solidny. Wszystko to ujęło mnie, uważam, że coś takiego świetnie wpływa na obrońców i na całość.

Zdecydowałby się Pan na to ustawienie 4-5-1 z pierwszego meczu z Grecją, czy też na tzw. choinkę, jak mawia trener Smuda, czyli 4-3-2-1?

- To chyba dylemat jeszcze istotniejszy od tego, kto zagra w bramce. Szczęsny i Tytoń to postaci wybitne i należy ufać, że obaj świetnie dadzą sobie radę. Z Czechami czeka nas mecz niezwykle trudny, oni przecież nie muszą wygrać, wystarczy im remis, dlatego mogą zastosować wzmocnioną defensywę, czyli słynny autobus.

Gra na remis często źle się kończy.

- Liczmy na to. Poza tym Czesi mają świetnego bramkarza, który już swój limit błędów wyczerpał szmatą wpuszczoną w meczu z Grekami. To może być dla nas bicie głową w mur. Natomiast wydaje się, że jedyną metodą jest zagranie swojego, czyli cierpliwe zabezpieczenie własnej bramki, budowanie akcji przy wykorzystaniu umiejętności ofensywnych. To jest słabością układu z Dudką w środku, co zadziałało defensywnie w meczu z Rosją. Ale wzmocnienie Lewandowskiego też jest koniecznością, dlatego nie wykluczam, że myślałbym w tej sytuacji o Mierzejewskim, czy też innym zawodniku, który będzie grał bliżej napastnika. W momencie rozwinięcia ataku Lewandowski nie może być sam wiszący na dwóch obrońcach, którzy grają blisko niego. Tak jak Rosjaninie, którzy uprzykrzali mu życie przez 90 minut.

Może to pan powinien poprowadzić ostatnią odprawę przed meczem z Czechami?

- Prowadziłem już dużą drużynę, nazywała się Rzeczpospolita Polska, nawet z jakimiś sukcesami, ale ja doceniam fachowców. Będąc ministrem sportu współpracowałem z wybitnym fachowcem Stefanem Paszczykiem, który nauczył mnie szacunku dla profesjonalistów. Smuda zna się na swojej robocie, dlatego należy pozwolić mu działać, a jakie ma dylematy, sami widzimy - kwestia bramkarza to naprawdę niewielki problem, istotniejsze jest to, jak nie rezygnując ze szczelnego środka pola i umiejętności rozbijania ataków przeciwnika, wzmocnić siłę ofensywną drużyny, co nie jest łatwe. Wiara, że uda się jakaś akcja i w końcu coś zaskoczy, to za mało. Musimy mieć pewność, chcąc wygrać ten mecz. Remis podtrzyma nasz status niepokonanego zespołu, ale dzięki niemu nie przejdziemy do kolejnej rundy.

Był pan zachwycony pierwszą połową meczu z Grecją, czy też wściekły z powodu bezsilności w drugiej?

- Nie byłem ani zachwycony, ani wściekły. Na początku byłem zadowolony, że coś wychodzi, że akcje się kleją, co wzbudzało szacunek. Psychicznie zgubiła nas ta nieszczęsna czerwona kartka, ponieważ kiedy Grecy zaczęli grać w dziesiątkę, to chyba nieświadomie nasi zawodnicy zaczęli wierzyć w to, że mecz już jest wygrany, że Grecy będą się już bronić i nie zaatakują. Ostatnie minuty pierwszej połowy to było lelum polelum, a druga połowa to już całkowite nieporozumienie. Drużyna mająca przewagę jednego zawodnika, nawet chcąca już tylko utrzymać wynik, powinna być zorganizowana, a tutaj do jej poczynań wkradł się chaos, nieporozumienia, zawodnicy robili wrażenie słaniających się na nogach. Druga połowa była walką o przetrwanie, nie ze strony Greków, ale z naszej strony.

Nie korciło pana, żeby krzyknąć "Franek rób zmianę"!?

- Krzyczeliśmy. Myślę, że szyki pokrzyżowała trenerowi czerwona kartka, bo przecież on szykował już Brożka, który miał wzmocnić siłę ataku. Kartka i karny sprawiły, że Smuda zaczął obawiać się, iż całe to zamieszanie i panika doprowadzą do jeszcze większych nieporozumień. Tak tłumaczę sobie tę decyzję. Jak się remisuje mecz, który powinien być zwycięski, to nawet na tzw. aferę powinno się zagrać, czyli wykorzystać dwóch zawodników z zapasem sił, a nuż przypadkiem coś z tego wyjdzie. Problem naszej reprezentacji też jest taki, że pierwsza jedenastka jest zdecydowanie lepsza od zmienników, mamy może 13 graczy z potencjałem do gry na wysokim poziomie, ale nawet nie 16.

Remisując z Rosją 1:1 to my odrabialiśmy straty. Co pan wtedy pomyślał? Że faktycznie mamy najlepszą drużynę w XXI wieku?

- W XXI wieku tak, ale daleko tej drużynie do tych, które walczyły o najwyższe stawki i potrafiły sobie radzić, w 1974 r. na MŚ wygraliśmy z Włochami, Argentyną, Jugosławią, Szwecją i Brazylią. Chciałbym jeszcze dożyć takiej chwili, że będziemy mieć w rozkładzie pięć zespołów tego samego pokroju, pięć poważnych zwycięstw. Liczę na to, że nasza obecna drużyną wyjdzie z grupy, ale powiem też prawdę dość oczywistą: stadiony buduje się szybciej niż wielkie drużyny. Stworzenie wielkiego zespołu to cały system, lata pracy, umiejętność nie gubienia talentów, a wykorzystywania ich, produkowania silnej piłki klubowej, młodzieżowej. To jest zadanie, które - oby po Euro - korzystając ze stadionów, orlików, atmosfery musimy wykonać. Tak aby za dwa lata na MŚ móc widzieć dobre występy Polaków i tak sukcesywnie na kolejnych imprezach. Wszystko to przed nami, jesteśmy dopiero na początku drogi.

Nie było panu wstyd za kibiców, którzy wygwizdali hymn rosyjski, i bandytów na Moście Poniatowskiego, którzy zaatakowali kibiców rosyjskich?

- To są dwie różne kwestie. Gwizdy w czasie hymnu to nie jest jakaś straszna rzecz, w ogóle uważam, że to, co działo się na stadionie, było na dobrym poziomie. Kibice spisali się lepiej niż podczas meczu z Grecją, byli głośniejsi, bardziej zdeterminowani; jedna raca to też jeszcze nie tragedia, zresztą padła ona na boisko z sektora rosyjskiego. Stadion był może nie na piątkę, ale na cztery z plusem. Jeśli chodzi o to, co działo się przed i po meczu, to jest zasmucające, bo takie awantury robią grupki kilkudziesięciu osobowe, 100-osobowe, podczas gdy mecz oglądało 60 tys. ludzi wokół stadionu, w strefach kibica było kolejnych 100 kilkadziesiąt tysięcy ludzi, natomiast w świat poszedł obraz dla nas fatalny. Po pierwsze dlatego, że gospodarze powinni dawać dobry przykład. Oczywiście, jeśli w Polsce biją się Irlandczycy z Chorwatami czy Włosi z Hiszpanami to też nie jest dobrze, ale to jest inna sprawa, to jest ryzyko wkalkulowane w tę imprezę. Gospodarze powinni świecić przykładem, bo zdarzały się przecież agresywne zachowania wobec nieagresywnych gości. To jest fatalne. Oczywiście była też niewielka grupa agresywnych kibiców z Rosji, ale to też niewielka grupa.

To wszystko zakłóciło pozytywny przekaz, jaki mieliśmy od początku Euro. Po drugie, podobne sceny utrwalają funkcjonujący w świecie stereotyp, że Polacy są rusofobami, że mają genetyczną niechęć do sąsiadów biorącą się już nawet nie z historii, ale z przenoszenia z pokolenia na pokolenie niechęci czy nienawiści, co jest fatalne, dlatego że nieprawdziwe. Poza tym umacnianie podobnych stereotypów jest przeciwko nam samym. Ci chuligani, mówiąc kolokwialnie, nieźle nam narobili w papiery. Powinni być wyłapani przez policję, stanąć przed kolegiami,sądami, ponieść karę, być może będzie to dla nich jakąś nauczką. Bo generalnie, Euro jest naszym ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę organizację, atmosferę, stadiony, czy też poziom sportowy. Uważam, że są to jedne z najlepszych ME, a już niejedne miałem okazję oglądać.

My, jako naród lubimy łączyć się we wspólnym celu. Jak wykorzystamy Euro?

- Spory rozgorzeją, z uprzejmością nie zmieni się to na pewno tak od razu, ale wierzę, że takie wspólnie przeżywane wydarzenia zostawiają ślad w mentalności, potem jest do czego wracać. Nawet jak rodziny i znajomi spotkają się przy piwie, i nawet jeśli w tej Polsce, gdzie znowu będą spory i wyzwiska, to zawsze można będzie powspominać: "A pamiętasz, jak byliśmy na meczu z Grecją...", "A pamiętasz, jak z Rosjanami było 1:1...", "A pamiętasz, jak Polska walczyła w finale...".

Tutaj już wybiegam bardzo optymistycznie w przyszłość. To będzie wspólne doświadczenie, przeżycie, moim zdaniem pozytywne. My się uczymy robić wielką imprezę z udziałem tysiąca wolontariuszy, którzy nauczą się tego, jak coś takiego się organizuje, jak zachować się wobec gości, jak im pomóc. To przecież wielki kapitał społeczny, który w przyszłości może nam się przydać przy okazji wielkich wydarzeń kulturalnych czy konkursu Szopenowskiego, wyborów itp. Mamy już ludzi aktywnych społecznie, umiejących działać w grupie. Jestem przekonany, że i w Polsce, i na Ukrainie. Byłem na meczu Szwecja - Ukraina, piękny mecz, fantastyczna atmosfera, 150 tys. ludzi po meczu na Majdanie, gdzie odbywały się słynne wydarzenia Pomarańczowej Rewolucji. Coś fantastycznego, ślad zostanie, nie zmienimy się na pewno z dnia na dzień: kto jest niegrzeczny, niestety, nie stanie się człowiekiem kulturalnym z powodu Euro, ale budujemy pozytywny kapitał ludzki, który będzie do wykorzystania później.

Która drużyna wygra Euro, jeśli nie Polska?

- Chciałbym, aby to była Polska, ale uważam, że dysponujemy potencjałem na wyjście z grupy i ładny mecz w ćwierćfinale, chociaż uważam, że piłka bywa nieobliczalna, więc różnie może być. Na dziś siłą - jak zawsze zresztą - dysponują Niemcy, żadna nowość. Podobali mi się Hiszpanie. Mój znajomy jest właścicielem hotelu Gdańsk, w którym mieszkają aktualnie piłkarze tej drużyny, mówił mi, że tak podzielonej drużyny jeszcze nie widział. Tam jest podział na Barcelonę i Real, do tego stopnia, że jest nawet dwóch kucharzy, którzy nie znoszą się jeszcze bardziej niż piłkarze. Jedni jedzą przy jednym stole, drudzy przy drugim, ta komunikacja wewnętrzna w drużynie jest bardzo marna. Czy z tego może być zespół? Na tle Irlandii to była drużyna, ale czy będą wystarczająco silni, aby wygrać ze zjednoczoną i multikulturową drużyną Niemiec, gdzie grają i Polacy, i Turcy, i Tunezyjczycy i Ghańczyk, nie wiem. Póki co najciekawiej prezentują się Niemcy, Hiszpanie, niespodziankę może sprawić Ukraina, jeśli dobrze będzie jej szło, cały czas uważam, że Rosjanie mają potencjał, aby zostać czarnym koniem mistrzostw. Chyba wypadli z tej grupy faworytów Holendrzy, ale to są jedne z najciekawszych mistrzostw Europy, wszystko jest otwarte i jestem przekonany, że od fazy ćwierćfinałowej będą to mecze na najwyższym poziomie, tam już nie ma remisów, trzeba wygrać i walka będzie absolutnie na sto procent.

Pana ulubiony piłkarz?

- Nie ma go na tych mistrzostwach - Leo Messi. Oglądam go już nie tylko jako piłkarza, futbolistę, czy przedstawiciela sportu, ale jako dzieło sztuki. Bardzo podoba mi się nasza para Lewandowski - Błaszczykowski, w nich tkwią wielkie możliwości, jeśli odpowiednio je wykorzystają, mogą zostać zawodnikami z najwyższej półki.

Wynik meczu Polska - Czechy?

- 2:1 po ciężkiej walce, proszę być przygotowanym na nerwy do 90 minuty.

Rozmawiał Przemysław Iwańczyk

15:01, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 czerwca 2012

Wiemy, że polscy piłkarze odzyskali świeżość; wiemy, że są mocni psychicznie, bo nie złamał ich niefortunny początek z Rosją; wiemy wreszcie, że nasz los leży w nogach Polaków i jeśli wygrają z Czechami, awansują do ćwierćfinału.

Gdybyśmy przegrali, trzeba byłoby liczyć także na porażkę bądź remis Greków z Rosją. I chyba o to chodziło, bo nasz dzisiejszy rywal był zdecydowanym faworytem nie tylko meczu, ale jednym z głównych całego turnieju.

To był dobry mecz Polaków od strony taktycznej. Psioczyłem po pierwszej połowie, że z trzema defensywnymi pomocnikami i bezradnym, osamotnionym Robertem Lewandowskim wróciliśmy do lat 90., kiedy reprezentacja marzyła o tym, by nie przegrywać, licząc, że może uda się jakoś trafić do bramki rywala. Po obejrzeniu drugiej połowy wiem jednak, że strategia ta zdała egzamin. Rosjanie, których mieliśmy za chartów nie do zdarcia, tracili wobec takiego ustawienia siły, koncentrację, refleks, co w rezultacie musiało wymusić na nich błędy. W tym jeden najważniejszy, po którym wyprowadziliśmy akcję na wagę remisu.

Trzeba przyznać, że trener Smuda w piątek zawalił w jakimś stopniu sprawę - nie przeprowadził zmian, nie zaryzykował, pozwolił drużynie cofnąć się w drugiej połowie. Dziś idealnie grał z drużyną, działał w porę, zastanawiam się nawet, czy w swoim debiucie w pierwszym meczu o punkty nie spalił się jak kilku piłkarzy. Wiemy też, że z przygotowaniem fizycznym Polaków nie jest tak źle, bo momentami to Rosjanie wyglądali od nas pod tym względem o wiele gorzej.

Świetna pierwsza połowa z Grekami, świetna druga z Rosją. W 90 na 180 minut widzieliśmy grających po europejsku Polaków. To daje nadzieję na ćwierćfinał. To pozwala uwierzyć, że w końcu mamy zespół, którego na wielkiej imprezie nie musimy się wstydzić.

23:25, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (5) »

Zamiast Andrzeja Juskowiaka w roli eksperta podczas transmisji meczu Polska – Rosja wystąpi dziś Mirosław Trzeciak. Nie wiadomo, co jest przyczyną nagłej zmiany, król strzelców igrzysk w Barcelonie niespodziewanie dla siebie, a przede wszystkim dla widzów jedzie do Wrocławia komentować spotkanie Czechów z Grekami.

Sprawa pofrunęła w świat lotem błyskawicy, późnym wieczorem dwie osoby z branży pytały mnie, czy wiem, jaka jest na ten temat prawda i jakie są jej kulisy. Zadzwoniłem do Juskowiaka koło godz. 23, ale ten bardzo szybko uciął dyskusję. Powiedział tylko, że rzeczywiście wybiera się na Dolny Śląsk, a nie do stolicy i więcej na ten temat rozmawiać nie będzie.

Nie ciągnąłem tematu, bo szanuję to, że odmawia mi jakiegokolwiek komentarza w tak delikatnej dla siebie sprawie. Nawet nie specjalnie zaskoczyło mnie, że wolałby nie odebrać ode mnie telefonu z tym pytaniem i nie jest w tej rozmowie zbyt miły. Zainteresowany znalazł się w niezręcznej sytuacji, bo już w kwietniu TVP informowała, że wszystkie mecze Polaków będą komentować Dariusz Szpakowski z Juskowiakiem. Pozostałe spotkania w naszej grupie przydzielono Jackowi Laskowskiemu i Trzeciakowi, na Ukrainę wybrali się: Maciej Iwański, Rafał Ulatowski, Tomasz Jasina, Radosław Gilewicz, Michał Zawadzki, Marcin Żewłakow, Jacek Jońca i Jacek Zieliński.

Nie wiadomo, co jest przyczyną nagłej zmiany, ale nie sądzę, że poziom komentarza Juskowiaka, którego spośród wszystkich ostatnich ekspertów publicznej słucha się najlepiej. Być może – tu przypuszczam, bo jest zbyt późno, bym dzwonił do kogokolwiek po oficjalną wypowiedź – chodzi o to, że po piątkowym spotkaniu Polski z Grecją, które komentował, Juskowiak był ekspertem w Cafe Euro w Polsacie (na co dzień jest stałym ekspertem w tej stacji, ale na czas Euro został „wypożyczony” do konkurencji). A tam pozostali goście, czyli Wojciech Kowalczyk i Tomasz Hajto, surowo ocenili występ biało-czerwonych precyzyjnie wyłuszczając błędy naszej kadry w tym meczu. To samo zrobili na stronie Sport.pl.

Cokolwiek stoi za tą decyzją, nie chciałbym być jako komentator w skórze Juskowiaka. Zmiana ta wygląda co najmniej tak, jak decyzja trenera o ściągnięciu piłkarza jeszcze przed przerwą, co w futbolu jest dla zawodników sportowym upokorzeniem. Na to Juskowiak na pewno sobie nie zasłużył.

Co powiedział Juskowiak po meczu Polska - Grecja, zobaczysz poniżej.



02:23, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (15) »
niedziela, 10 czerwca 2012

Tytoń - Piszczek, Wasilewski, Perquis, Boenisch - Błaszczykowski, Polański, Murawski, Dudka, Rybus - Lewandowski. Taki wyjdzie skład na Rosję. Potwierdziłem go właśnie wśród członków naszej kadry, choć wszyscy zastrzegają, że może się on jeszcze zmienić.

Te informację przekazał mi także Mateusz Borek z Polsatu. Roman Kołtoń, który dziś widział się z selekcjonerem, a rozmawiałem z nim w wieczornej audycji Radia TOK FM „Przy niedzieli o sporcie”, zna skład, ale nie chce go na razie ujawniać. Coś czuję, że mówił wymijająco, twierdząc, że Ludovic Obraniak, jeden z najsłabszych piłkarzy z Grekami, jednak wyjdzie w jedenastce. Kiedy jednak usłyszycie zawahanie w jego głosie, być może też wychwycicie, że to blef.

Nie będzie za to - i to wiadomość pewna - Adriana Mierzejewskiego. Z Rosjanami mamy zagrać defensywniej niż z Grekami, przede wszystkim uważniej. Taką taktykę zaleca m.in. Stefan Majewski, trener kadry do lat 21, co zobaczycie na filimiku poniżej. - Grajmy na remis - apeluje. Zobaczcie też, jaką taktykę proponuje Polakom były obrońca reprezentacji Tomasz Kłos.

Z kadry wiem, że trener znów jest w przedmeczowym amoku. Już żyje spotkaniem z Rosją, znów lepiej do niego nie dzwonić, nie próbować naciągnąć na rozmowę.

Filmy wykonane telefonem HTC ONE X



  



20:42, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (19) »
sobota, 09 czerwca 2012

Czy przerwalibyście chirurgowi operację twierdząc, że spieprzył swoją robotę już po pierwszym ruchu skalpela? Czy wygonilibyście szefa restauracji tylko dlatego, że kelner się do was nie uśmiechnął? A może zabralibyście stery pilotowi boeinga dlatego, że po pół godzinie lotu samolot wpadł w niewielkie turbulencje?

Franciszkowi Smudzie pałeczkę dyrygenta reprezentacji wszyscy najchętniej zabraliby już w piątek po 20, ledwie dwie godziny po rozpoczęciu najważniejszej sportowej imprezy w historii kraju, po remisie, a nie katastrofie w pierwszym meczu z Grecją.

I ja mam wątpliwości, czy trener nie powinien sięgnąć po zmiany, dać drużynie impuls, zagrać va banque. I mnie mierzi, że Polakom po godzinie gry zabrakło prądu, a obrona z każdą minutą stawała się coraz mniej pewna. I ja zastanawiam się, czy nie lepiej było postawić na Jakuba Wawrzyniaka, a nie wyrwanego z rehabilitacyjnej telenoweli Sebastiana Boenischa.

Zastanawiam się jednak, co ja zrobiłbym na miejscu trenera, czując na sobie oddech 40 mln Polaków z prezydentem i premierem na czele. Czy poszedłbym na pełne ryzyko, czy kunktatorsko ocenił, że remis w pierwszym meczu przy tak zmieniających się na gorsze okolicznościach to i tak nieźle.

Z uwagą wysłuchiwałem wczoraj wszystkich najlepszych polskich ekspertów piłkarskich. Możecie się ze mną nie zgadzać (co zresztą czynicie na facebooku i twitterze), ale Wojciech Kowalczyk, Tomasz Hajto, Andrzej Juskowiak czy Mateusz Borek to dla mnie ludzie, którzy na futbolu znają się jak mało kto, nie mają interesu, by wypowiadać swoje opinie pod publiczkę, nie muszą mieć też obaw, że ktoś zdejmie ich z anteny, jeśli nie ulegną zbiorowej eurohisterii. I większość ich argumentów do mnie dociera, podzielam ich rozgoryczenie, ale zastanawiam się, przy okazji tych i innych ostrych opinii, zwłaszcza zawiedzionych brakiem zwycięstwa fanów, czy to już ten moment. I ja w tej krytyce w piątek się rozpędziłem. Czy tak samo ostro potraktowalibyśmy wszyscy kadrę, gdyby już w pierwszej połowie Polacy wykorzystali trzy z wielu dogodnych okazji, a później – tak jak wczoraj – bez ikry przeszli przez drugą część meczu.

Rozmawiałem w sobotę rano z ludźmi z wnętrza kadry. Choć odpierają powszechne zarzuty o bierność w przeprowadzeniu zmian (ja i tak uważam, że Obraniaka można było zmienić na Wolskiego, Mierzejewskiego czy Grosickiego), są jednak świadomi tego, co stało się w drugiej połowie. Że piłkarzom brakło sił, że bardzo szybko się wypompowali, że duchota na Stadionie Narodowym była sprzymierzeńcem Greków a nie Polaków, etc

Oni jednak za to odpowiadają, oni wzięli ciężar przeprowadzenia swojej autorskiej reprezentacji przez najważniejszą z imprez i skoro nawarzyli to piwo, sami niech je wypiją. Może szczęścia w tym wszystkim będą mieć tyle, że nie odbije się ono mało przyjemną czkawką. Dajmy im jednak szansę, niech spróbują tym samolotem bezpiecznie wylądować.

13:53, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (41) »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco