Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
piątek, 04 stycznia 2013

Norweżkom pomaga psycholożka-szarlatanka, Norweżki się szprycują, Norweżki mają lepsze narty, Norweżki mają liczniejszy sztab, Norweżki są bogatsze, Norweżki po świńsku ze sobą współpracują. Czekam, kiedy w tych absurdalnych pomówieniach Norweżki zaczną rozpylać mgłę, by polska królowa sportu tuż przed metą zgubiła drogę.

Właściwie nie ma tygodnia, by skandynawskie przeciwniczki Justyny Kowalczyk nie były czemuś winne. Winne są nawet wtedy, kiedy mają kłopoty ze zdrowiem, bo jeśli Marit Bjørgen niedomaga serce, to na pewno dlatego, że przyjęła za dużo „koksu”.

Taka narracja nakręca polskich kibiców od lat. Nie świetna batalia do ostatniego tchu niezniszczalnych wydawałoby się biegaczek, nie strategia, jaką trzeba powziąć w piekielnie trudnym Tour de Ski, nie różnice czasowe, fantastyczne telewizyjne relacje i związane z tym emocje. Rozpala nienawiść do rywala, wroga przecież, który dybie na Polkę i jej trenera zza węgła.

Ileż to Norweżki złego Kowalczyk narobiły. Najpierw dotleniały się przeciwastmatycznymi specyfikami, później generalnie miały za dobrze, bo zbyt bogatą są federacją i mają wokół siebie za szeroki sztab. A teraz najnowsze, z piątkowego poranka - Therese Johaug po słabszych etapach jedzie dobrze w Tour de Ski nie dlatego, że jest perfekcyjnie przygotowana, tylko dlatego, że od 2009 r. pracuje z nią „specjalistka kryzysowa”. Prosto z Londynu.

Ale to Justyna Kowalczyk z nimi wygrywa. Gdzie tam Kowalczyk - Justyna, Justynka, Justyś nasza, jedyna, swojska, której bez przerwy i z każdej strony ktoś przeszkadza, dokucza i robi pod górę. Naprzeciw złowrogim siłom, gigantycznym laboratoriom dopingowym, nieosiągalnym dla nas kosmicznym producentom sprzętu, sama, samiuśka, w pocie, znoju i niedoli.

Kręci to polskich kibiców jak diabli, wymyślają Norweżkom ile wlezie, absurdalnie przy tym pomawiając. Znam jednak garstkę, której zaczyna to przeszkadzać, nawet męczyć. Mnie również.

Trudno wyrzucać to samej Kowalczyk, bo ostatnio nie wchodzi w kolejne zwarcia z przeciwniczkami, choć i ona, i jej trener sporo drwa pod ten kocioł swego czasu dołożyli. To Wierietielny plótł przecież, że „skoro astmatyczki mogą brać niedozwolone środki, które poprawiają wydolność płuc, to mająca niski poziom hemoglobiny Justyna powinna dostać pozwolenie na stosowanie EPO” [Gazeta Wyborcza]. Później było jeszcze dosadniej, wspólnie z Kowalczyk, że „jak ktoś choruje na astmę, to powinien startować w paraolimpiadzie” [„Metro”].
Wierietielny mówił i inne rzeczy bez opamiętania, oczekując jednocześnie, że nikt przypadkowej, lekowej wpadki sprzed lat jego zawodniczce wypominać nie ma prawa. Bo to przecież nasze dobro narodowe.

Ale Norweżki nie tylko się szprycują, one ze sobą współpracują i to przeciwko naszej. Co prawda nie zajeżdżają Kowalczyk drogi, nie wpychają kijków pod narty, ale przepuszczają się przed metą. Nic to, że w kolarstwie czy innych sportach drużyna pracuje na lidera. Tyle że tam nie pracują przeciwko naszym, bo naszych w czołówce tam nie ma.

Dzienniki bulwarowe, które wyimaginowanym konfliktem polsko-norweskim żyją od miesięcy, nawet rozumiem, ale przecież i dziennikarze poważnych tytułów spisek dostrzegają. Wybitny znawca tego sportu, Bogdan Chruścicki, uważa, że Norweżki we wspomnianej sytuacji „zagrały nieczysto, popełniły sportowe świństwo”. Mimo że przepisy tego nie zabraniają.

Doceniam cholernie, co robi Kowalczyk, potrafię sobie wyobrazić, jak tytaniczną pracę wykonuje, jak haruje, by w kraju od lat zainfekowanym sportową nieudolnością dać odrobinę satysfakcji z nie byle jakiego triumfu. Ale nie rozumiem, dlaczego z najgroźniejszych rywalek naszej mistrzyni, traktowanej u nas z należną godnością królowej, koniecznie trzeba zrobić cwaniaczki i hochsztaplerki. Czemu podziw kibiców musi być zbudowany na zawiści, nienawiści i współczuciu? Tym ostatnim dlatego, że niemal przy każdym zwycięstwie Kowalczyk jej sztab podnosi, jakim cierpieniem sukces został okupiony, ile krzywd polska bohaterka wyrządza sobie każdym startem, że - to przykład z czwartku - „nogi ma jak parówki i konieczna jest kolejna operacja, tym razem piszczeli”.

Robi wrażenie i podnosi w naszych nienasyconych oczach rangę sukcesu, prawda?

Nie ja jeden mam z tym problem. W piątkowej „Gazecie Wyborczej” na zakulisowe niuanse zwróciła uwagę Aleksandra Sobczak. Subtelnie i sugestywnie, tłumacząc, że na liście rzeczy, które mogą być problemem Kowalczyk powinno zostać skreślone nazwisko Bjørgen. Nieco dosadniej, choć w poczuciu sportowej lojalności, o powściągliwość w atakach na Norweżki zaapelował najlepszy polski sportowiec 2012 r. Tomasz Majewski: „Najważniejsza powinna być rywalizacja sportowa Justyny z rywalkami. Te animozje są niepotrzebne. Nigdy nie mieliśmy wojny z Norwegami, nie toczmy jej i teraz”.

Niech będzie, Norwegowie też są nie w porządku, bo Petter Northug nazwał Polkę Diesel-Doris, co w ich języku jest synonimem konia pociągowego. Pomijam, czy w tak zmaskulinizowanej, opartej na niebywałej sile i wytrzymałości dyscyplinie sportu jest to określenie obraźliwe do szpiku kości, ale jak to się ma to polskich, bezpodstawnych, rzucanych notorycznie oskarżeń o doping, a nawet portalowe sugestie, że Bjørgen musi być hermafrodytą, skoro ma takie muskuły.

Jeszcze parę lat temu wahałbym się napisać tekst w podobnym tonie, by nie urazić nikogo w pełnym subtelności świecie sportsmenek. Ale ten przyjął przecież męskie zasady, narzucane także przez trenera Kowalczyk - w biegach narciarskich walenie bez pardonu poniżej pasa to codzienność. Pod warunkiem, że walimy my, bo jak walą w nas, to wroga należy unicestwić wszelkimi możliwymi środkami.

Z niemałą obawą publikuję jednak ten tekst, wiedząc, jaką wartością dla wygłodniałego polskiego kibica jest nasz uciemiężony bohater. Zarazem dodaję, zupełnie szczerze, że cholernie cieszę się z jak wysoką przewagą Kowalczyk idzie po czwarty triumf w Tour de Ski. Oby przed niedzielną wspinaczką na Alpe Cermis miała jeszcze większy komfort. Gdybym chciał utrzymać się w narciarsko-biegowej retoryce ostatnich lat, dodałbym jeszcze: wtedy Norweżki już nic nie wymyślą.

17:18, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (60) »
czwartek, 25 października 2012

Miała być perełka, cacuszko, sport nr 1 wszystkich Polaków. Z każdym dniem działacze siatkarscy robią jednak wszystko, by postawić ich na równi z futbolowymi pobratymcami. Wzajemne kopanie się po kostkach przychodzi im z łatwością, jak tak dalej pójdzie, staną przed szansą, by swój sport skopać na dobre.

Nie czuję specjalnej mięty do większości działaczy sportowych. Obserwując ich światek przez ponad 18 lat, nabrałem wystarczająco dystansu, straciłem empatię, generalnie i z zasady przestałem wierzyć w ich słowa, zapowiedzi i zapewnienia.

W siatkówce uczyłem się tego dłużej, bo początkowo naiwnie oczekiwałem, że wreszcie narodził się gatunek działaczy w polskim świecie sportu niespotykany – sprawnych, niezakotwiczonych w starym systemie menedżerów, którymi kierują ambicje, by swój sport wyciągnąć ponad ogólnokrajową mizerię.

Sportowo szło/idzie im świetnie. Pomijam dwuznaczne sytuacje, w których przestają rządzić zdrowe zasady rywalizacji, a zaczyna liczyć się kupczenie i cwaniactwo. Zresztą te staraliśmy się piętnować dość precyzyjnie. Wielokrotnie zarzucaliśmy na łamach „Gazety” i Sport.pl czy to prezesowi Mirosławowi Przedpełskiemu czy jego najbliższym współpracownikom, że kupno dzikiej karty w jakichkolwiek rozgrywkach to nie jest dobry sposób na wyniesienie siatkówki na poziom dla innych sportów w Polsce galaktyczny.

Dziś Bogusław Adamski, były sekretarz generalny PZPS, który stanął w opozycji do obecnych władz, ujawnił, że Przedpełski nie kupił dzikiej karty dla polskich siatkarek na Puchar Świata (dopiero w konsekwencji Polki mogły jechać na igrzyska). Uczynił z tego zarzut, wyprowadzając kolejny cios, który ma zdyskredytować szefa związku.

Rzeczywiście, Przedpełski zasługuje na to, by go rozliczać, a za rozmaite decyzje nawet piętnować. Ale nie w tym przypadku. Oczywiście pod warunkiem jednak, że karta ta nie była przedmiotem targu prezesa PZPS w walce o stanowisko w światowych władzach, ale tego pewnie nikt nikomu nie udowodni. Polki miały szansę na igrzyska jechać poprzez turniej kwalifikacyjny, ale przegrały z Turczynkami i w Londynie ich nie oglądaliśmy. To jedyny powód, który przynajmniej ja przyjmuję do wiadomości.

Zresztą zostawmy te sprawę, ona niebawem umrze sama. Rzecz w tym, że środowisko siatkarskie - tak samo jak inne sportowe w Polsce niewolne jest od nieczystych zagrywek, koterii i koniunkturalizmu - staje się coraz bliższe środowisku piłkarskiemu. Z tym że na tych działaczy kibice już się uodpornili, ignorują od lat, nie licząc na poprawę, co jakiś czas wyrażając swoją opinię na ich temat tradycyjnym „J... PZPN”.

Dzisiejsza sprawa dzikiej karty, która dla mnie żadnym skandalem nie jest, to nie jednostkowy wypadek, w którym środowisko siatkarskie kopie się po kostkach. Wcześniej były inne – nieprawidłowości w przeprowadzeniu wyborów, nieprawidłowości w zarządzaniu, kontrowersyjne umowy, faktury, a po drugiej stronie donosy do CBA, oskarżenia, groźby, etc. Kiedyś w skali mikro, teraz makro, właściwie już bez znaczenia o kogo chodzi i kto siatkówką rządzi - Biesiada, Przedpełski, Adamski i inni.

Nie mnie przestrzegać siatkarskich bonzów, do czego awantury te prowadzą. Jeśli rzeczywiście zależy im na siatkówce i chcą dla niej coś zrobić (choćby wielomilionowa rządowa inwestycja w Szkolne Ośrodki Siatkarskie), to niech swoją energię wykorzystają w tym właśnie kierunku. Oczywiście pilnując się wzajemnie, z ograniczonym zaufaniem patrząc sobie na ręce. Jeśli ich czas zajmować będą tylko podjazdowe wojenki (to naprawdę domena nie tylko obecnej opozycji, dzisiejsi rządzący w podobny sposób obalali przecież Janusza Biesiadę), ci, którzy na ich sport wykładają, a więc budżet państwa, Polkomtel, Orlen, PGE, Asseco, JSW, ZAKSA i inne mniejsze firmy, bardzo szybko zorientują się, że powierzają swoje wielkie pieniądze w ręce ludzi nieodpowiedzialnych. Kibicom z kolei - oddanym, kulturalnym, bez pamięci w siatkówce zakochanym - nie pozostanie nic innego jak takich działaczy ignorować. Oby tylko nie wyrażali o nich opinii wzorem futbolowych bywalców stadionów. No ale skoro przykład idzie z góry.

21:01, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2012

Wśród winnych kompromitacji z odwołaniem hitowego meczu z Anglią PZPN zajmuje bezapelacyjnie pierwsze miejsce na podium.

Katastrofy to nasza specjalność. Zwłaszcza takie, w których ludzie odpowiedzialni nie dopilnowali po trosze swoich obowiązków. Potem zaś przerzucają winę i zamiast ze wstydu spuścić głowy, oczekują przeprosin. Jednego winnego kompromitacji z odwołaniem meczu Polska - Anglia nie ma i pewnie nie będzie. Kibicowi musi wystarczyć tłumaczenie, że zawinił deszcz.

Fakty mówią tyle: wybudowany za 2 mld zł Stadion Narodowy jest pierwszym i prawdopodobnie ostatnim na świecie nowoczesnym obiektem z zasuwanym dachem, na którym mecz nie odbył się z powodu opadów deszczu. Był też jedynym, na którym podczas niedawnego Euro dach był zasłonięty, kiedy na zewnątrz słońce prażyło, a temperatura przekraczała 30 st. C.

Zdezorientowany kibic, który przybył we wtorek do stolicy z Suwałk, Zakopanego, Torunia czy Koszalina, a po odwołaniu meczu zabrał się ze złością do domu, mimo upływu kilku godzin wciąż czuje się jak bohater Barejowskiej komedii.

Organizator spotkania, czyli PZPN, nie bierze winy na siebie i "nie czuje się organem właściwym, by kierować do niego pretensje". Działacze bez żenady przyznają, że dopiero po odwołaniu meczu w środę dowiedzieli się, jaka jest procedura zamykania dachu, i że nie robi się tego podczas opadów. Zamierzają więc skarżyć Narodowe Centrum Sportu (NCS), operatora Stadionu Narodowego, oraz sprawujące nad nim nadzór Ministerstwo Sportu za niewłaściwe przygotowanie murawy do zawodów. Występują z roszczeniem o naprawienie poniesionych strat i wyrządzonych szkód. Do odpowiedzialności zamierzają pociągnąć nawet TVP, która przeprowadziła przedmeczowe studio "w sposób krzywdzący dla PZPN".

Wszystkie oświadczenia podpisane są enigmatycznym "Zarząd", a ustępujący niebawem prezes Grzegorz Lato na pytanie, co zrobić z dachem, który nie zamyka się podczas deszczu, całkiem serio wydał komendę: "Zlikwidować dach!".

Absurd goni absurd.

NCS również nie poczuwa się do winy. Ono realizowało zamówienie PZPN. Uważa, że murawa miała drenaż i była przygotowana doskonale. Wiadomo jednak, że nie była, bo położona kilka dni przed meczami z RPA i Anglią miała grubość 2 cm, a nie jak na Euro ponad 20. Na miejscu nie było też sprzętu, którym usuwano by zalegającą na boisku wodę. Deszcz lał, a kibice czekali, aż komisarz FIFA podejmie decyzję o odwołaniu spotkania.

Szef NCS tłumaczy też, że dachu nie kazał zamykać organizator, czyli PZPN, na prośbę trenera reprezentacji. Powołuje się też na zalecenie FIFA, że jeśli dach był otwarty na poniedziałkowym treningu, to powinien być także otwarty następnego dnia podczas meczu. Bez względu na warunki atmosferyczne.

Sztab reprezentacji twierdzi, że tylko wyraził swoją opinię w sprawie dachu, nie spodziewał się opadów, a później zupełnie nie zajmował się sprawą, bo to nie jego kompetencje.
Nie bacząc na wytyczne, komisarz FIFA - widząc, co się święci - kazał dach zamknąć. Ale dopiero około 20. Było już za późno, bo dachu nie zamyka się wtedy, kiedy akurat pada, a PZPN, który powinien o tym zdecydować, nie znał instrukcji. Koło się zamyka, wszystkich łączy jedynie to, że nikt nie sprawdził, jaka będzie pogoda.

Kibice najbardziej przeklinają bezpośredniego organizatora, czyli PZPN.
Ale mimo propozycji prawników nie ma na razie żadnych sygnałów, że będą domagać się odszkodowania za bilety albo składać sądowe pozwy o zadośćuczynienie od organizatora. Ich złość przeradza się tylko w niewybredne żarty, bo dla nich Związek jest tak niekompetentny, że aż ręce opadają. Przecież to nie pierwsza wpadka PZPN, a działacze wciąż mają się dobrze. Lato i jego świta budzą tylko politowanie i irytację. Właściwie słusznie, bo to tylko mecz. Wyobraźmy sobie, że zarządzają elektrownią atomową albo wysyłają w przestworza Feliksa Baumgartnera. 

10:15, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 października 2012

Glik i Krychowiak - bez nich nie byłoby punktu. Z odpowiedzialnych za destrukcję stali się bardzo niebezpiecznymi piłkarzami w ataku. Kamil Glik wyjaśnił wiele sytuacji we własnym polu karnym i zadał decydujący cios pod bramką rywala. Grzegorz Krychowiak pokazał, na czym polega gra na pozycji defensywnego pomocnika.

To bezwzględni bohaterowie meczu w polskiej drużynie. Zdarzały się akcje, kiedy na zmianę przecinali ofensywne akcje Anglików. Krychowiak w kolejnym spotkaniu pokazał, że defensywne zadania w środku pola nie polegają jedynie na wykopywaniu piłki i wykluczają celnych, otwierających kontry podać.

Glik? Na pozycji stopera wielka klasa. Nadążał za rywalami, zawsze interweniował w tempo, popełnił niewiele błędów.

Zawiedli? Polański, Piszczek, a także...

To nie był mecz Eugena Polańskiego. Wiadomo, że przeżywał na zgrupowaniu trudne chwile, wracał do rodziny, która potrzebowała jego pomocy i to, niestety, było widać. Brakowało mu koncentracji, abstrahując od niesprawiedliwych decyzji sędziego niepotrzebnie faulował w niebezpiecznych miejscach dla naszej bramki, kilka razy stracił piłkę, niedokładnie podawał.

Łukasz Piszczek w niczym nie przypominał obrońcy Borussii Dortmund, był swoją kalką z nieudanego Euro. Przede wszystkim nie zdążył za Rooney'em, który uprzedził go przy rzucie rożnym i strzelił gola, co znacząco wpływa na jego notę. W kolejnej akcji interweniował na tyle niefortunnie, że zagrał piłkę pod nogi rywala. W drugiej połowie udało mu się kilka razy celnie dośrodkować, starał się jak mógł, ale nic wielkiego z jego zagrań nie wynikało.

Słaby występ Pawła Wszołka to chyba wynik tremy. Na początku uciekał od gry, szybko pozbywał się piłki, wracając we własne pole karne omal nie faulował rywala w pozornie niegroźnej sytuacji. Sporo strat, mało efektownych wyjść skrzydłem, Polacy generalnie nacierali tylko prawą stroną.

Nie zachwycił także Robert Lewandowski, ale do niego zawsze przykładamy inną miarę. Zmarnował dogodną sytuację w pierwszej połowie i wciąż pozostaje w snajperskiej niemocy. Poza dwoma ładnymi podaniami do Grosickiego i Wawrzyniaka starał się demolować defensywę rywala, ale nie było to wsparcie godne najbardziej obiecującego polskiego piłkarza. Zbyt długo przetrzymywał piłkę, momentami zachowywał się dość egoistycznie, nie dostrzegając np. Obraniaka. Mimo to widzowie TVP wybrali go na gracza meczu.

Metamorfozy meczu: Obraniak i Grosicki

Po pierwszej połowie najmniej pożytecznym piłkarzem był Ludovik Obraniak. Po boisku poruszał się w swoim stylu, czyli człapiąc, pasywnie schodził do boku i unikał starć z rywalem. Kiedy już znalazł się na wolnej pozycji, koledzy w ogóle go nie zauważali.

Po przerwie stał się motorem polskiej drużyny. To on oddawał najgroźniejsze strzały, wreszcie podawał na miarę rozgrywającego nie zwalniając akcji, zaliczył także precyzyjną asystę z rzutu rożnego.

Odwrotną drogę przeszedł Kamil Grosicki. W pierwszej połowie wszędzie było go pełno, może za często starał się być efektowny, nie wykorzystał okazji, kiedy mógł strzelać z dogodnej pozycji na bramkę. Generalnie jednak świetnie zastępował Jakuba Błaszczykowskiego.

W drugiej połowie zgasł. Nie było go w ogóle widać, baterie się wyczerpały.

18:58, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (15) »
sobota, 13 października 2012

Dwaj piłkarze środka pola, choć z zupełnie innymi zadaniami. Dwaj występujący w lidze francuskiej, wychowani – mimo różnej przeszłości - według zachodniego futbolowego sznytu. Na tym podobieństwa się kończą. Ludovic Obraniak i Grzegorz Krychowiak to dwa mentalne światy. Ten pierwszy - mimo totalnych zawodów, jakie sprawia - wciąż ma w kadrze carte blanche. Drugi z nich wykorzystuje każdą okazję, by biało-czerwoną koszulkę przyznawać mu w pierwszej kolejności.

To nie tak, że Krychowiak powalił mnie swoim występem w towarzyskim meczu z RPA, choć prawdą jest, że był wyróżniającym się piłkarzem nie obu reprezentacji. Imponujące jest, w jak naturalny sposób zawodnik Stade Reims pnie się po stopniach drogi, jaką otworzył przed nim Waldemar Fornalik.

Od znawców ligi francuskiej usłyszałem dziś, że Krychowiak zagrał w piątek jak nie Krychowiak. Mówiąc krótko, robił na boisku więcej, szybciej, precyzyjniej, bardziej nieszablonowo niż na co dzień w klubie. Wizja gry we wtorek przeciwko Anglikom dała mu jeszcze większą pewność, każdy kibic miał wrażenie, że zależy mu bardziej niż 21 pozostałym biegającym po boisku. Warto też wspomnieć o tym, w jaki sposób piłkarz ten wypowiada się o swojej reprezentacyjnej szansie. Całkiem szczerze, bez buty mówi, że pozycja rezerwowego na Anglików byłaby dla niego rozczarowaniem, analizując mecz – to już kwestia elokwencji, która nie na każdego kadrowicza spłynęła takim strumieniem – nie uciekał się do banałów: „wita, rozumita, z Anglikami trza się bić”.

Oczywiście, Krychowiak w meczu z RPA z czasem gasł, popełniał błędy, ale dał selekcjonerowi podstawy, by uznać go za pierwszego w pomocy z zadaniami defensywnymi.

Tak też pewnie będzie. Eugen Polański raczej do Polski nie wróci, bo jego żona spodziewa się dziecka, a stan jej zdrowia jest nie najlepszy (chyba lepiej mówić o tym wprost niż dawać gawiedzi podstawy do nieuzasadnionych spekulacji), Rafał Murawski z kolei wciąż jest w formie mocno plażowej. Krychowiak będzie zapewne uzupełniał się z Arielem Borysiukiem, stając się pierwszym do rozbijania Anglików w środku boiska.

Zacząłem od porównania Krychowiaka z Obraniakiem, bo obawiam się, że zawodnik Bordeaux jednak znów dostanie szansę. Mimo że na nią absolutnie nie zasługuje, nie dodaje reprezentacji ani klasy, ani umiejętności, które od czasu do czasu udaje mu się sprzedać w klubie.

Kiedy Fornalik rozsyłał powołania, sądziłem, że Obraniak znalazł się w kadrze tylko dlatego, by nie dać krytykom podstaw do opinii, że kadrą rządzą piłkarze, a nie selekcjoner. Dziś mam wrażenie, że z braku poważnej alternatywy, Obraniak na Anglików jednak wyjdzie, mimo że z Robertem Lewandowskim współpracuje źle, a i z pozostałymi kadrowiczami jakiejś specjalnej chemii nie ma.

Kto ewentualnie za niego? Nie byłoby chyba wielką ekstrawagancją wystawić za Lewandowskim Adriana Mierzejewskiego, niezależnie od jego słabszego występu przeciwko RPA. Innego wyjścia nie ma, bo trener kadry na Anglików raczej nie wyskoczy z eksperymentem: Arkadiusz Milik na szpicy, za nim wchodzący z pomocy Lewandowski.

Mój skład na Anglię? Tytoń (no chyba, że Fornalik zagra naprawdę va banque i wystawi Tomasza Kuszczaka) – Piszczek, Wasilewski, Perqius, Wawrzyniak – Wszołek, Krychowiak, Borysiuk, Grosicki – Mierzejewski – Lewandowski.

11:48, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (26) »
wtorek, 11 września 2012

Byłem gotów zapłacić 20 zł za oglądanie meczu piłkarskiej reprezentacji Polski. Spóźniłem się kilkanaście sekund. UPC, którego jestem abonentem, odmówiło przyjęcia mojego zamówienia na to spotkanie w systemie pay-par-view.

Pewnie jak wielu polskich kibiców nie zajmowała mnie sprawa wykupienia transmisji meczu Polska – Mołdawia. Sądziłem, że mogę to zrobić w każdej chwili, a moją sprawą jest, w którym momencie to zrobię – w pierwszej czy ostatniej minucie tego meczu.

Obejrzałem długie przedmeczowe studio w Polsacie Sport, które dostępne było dla wszystkich posiadaczy tego kanału. Po nim, zaproszony przez prowadzącego, przeszedłem na odpowiedni kanał swojego dekodera (w przypadku UPC – 90). I tam właśnie, czekając na znajomego, z którym umówiłem się na wieczorne spotkanie przy meczu, dowiedziałem się, że mój czas minął. Już o godz. 20.45, czyli mniej więcej w momencie, w którym piłkarze odśpiewywali hymny!

Zadzwoniłem do biura obsługi abonenta pod nr 32 4949480. Uprzejmym głosem poinformowano mnie zaraz po rozpoczęciu połączenia: „Dobry wieczór, witamy szanownych państwa. W chwili obecnej zakończyliśmy przyjmowanie zamówień meczu Polska – Mołdawia w systemie pay-par-view”. Po dziewięciu minutach oczekiwania – miały być cztery – pani Anna Pysz poinformowała mnie, że mogę próbować wpisywać kod na kanale 90, ale i tak nic z tego, bo jest za późno. Kiedy zapowiedziałem, że firma UPC zmusiła mnie do złodziejstwa i kradzieży meczu Polaków w internecie, usłyszałem: „przykro mi, zakończyliśmy już przyjmowanie zamówień na ten mecz”.

Nie wiem, jak jest u innych nadawców, np. posiadaczy dekoderów Cyfrowego Polsatu, ale abonenci UPC w jakiejś części (podejrzewam, że jest ich wielu, bo właśnie dzwonił do mnie kolega w podobnej sprawie) zostali zmuszeni do złodziejstwa. Nie wiem jeszcze skąd, ale mecz Polska – Mołdawia ukradnę w sieci, narażając m.in. firmę Sportfive na straty, o czym informuję z pełną świadomością. Mój nadawca uniemożliwił mi jego odbiór w sposób legalny.



21:09, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Dzisiejszy Magazyn Ekstraklasy trwa aż 40 minut. A wszystko dlatego, że miałem gości, którzy o lidze mówią nie tylko długo, ale i ciekawie. I bezkompromisowo, o czym świadczą wypowiedzi Marcina Adamskiego. Oglądajcie, słuchajcie, poniżej resume tego, co w programie.

- Ja tam lubię piłkarzy, średnio jest, kiedy sportowiec ocenia sportowca – zaczął Artur Partyka w nawiązaniu do wypowiedzi kulomiota Tomasza Majewskiego, który ostro zrugał naszych ligowców. Nasz gość, wicemistrz olimpijski w skoku wzwyż, jest wielkim fanem futbolu.

Omawianie kolejki zaczęliśmy od fantastycznego startu Widzewa. - Wstrzymałbym się z tymi zachwytami, to dopiero druga kolejka. Przed sezonem stawiałem ten zespół w gronie tych walczących o utrzymanie i zdania nie zmieniam – stwierdził zaskakująco Marcin Adamski, były gracz Zagłębia, ŁKS, Rapidu Wiedeń oraz reprezentant Polski. Obaj goście Magazynu Ekstraklasy przyznają piłkarzom Ruchu Djokiciovi i Sadlokowi po dwie czerwone kartki za faule i zdyskwalifikowaliby ich przynajmniej na trzy mecze.

Polska liga to liga paradoksów. Jeden z najsłabszych piłkarzy w Śląsku, Cetnarski, zdobywa dwa gole z karnych i decyduje o wyniku meczu. Skoro o wrocławianach mowa, uważam, że wszyscy są sobą zmęczeni. Diaz, który nazwał trenera Lenczyka ch..., powinien odejść po rozwiązaniu kontraktu przez klub. Pan Lenczyk też zachowuje się jak dyktator, a w obecnych czasach trener nie powinien się tak zachowywać. To wpływa źle na wizerunek klubu – mówi dosadnie Adamski.

Goście w studio proponują selekcjonerowi powołanie z naszej ligi Milika, Wszołka i Łukasika.



10:34, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 sierpnia 2012

Oto zapowiedź 2. kolejki T-Mobile Ekstraklasy. Moimi gośćmi byli Janusz Basałaj i Arkadiusz Onyszko.



- Polonia pokazuje, że wystarczyło wrzucić granat do klubu, doprowadzić do rewolucji i są efekty - tak Janusz Basałaj, szef Orange Sport, ocenia świetny start Polonii. Ale i pozostałe drużyny zasłużyły na dobre słowo. - Kibice byli spragnieni ligi, bo czekali na nią najdłużej w historii. Choć lubimy narzekać, to był bardzo dobry start ekstraklasy. Opinii tej nie powinny zmienić wydarzenia drugiej kolejki, bo nic nie zmienia się w ciągu tygodnia - dodaje Basałaj. Hit kolejki to mecz Polonia - Lech, starcie dwóch młodych trenerów oraz kolejna szansa dla świetnego Węgra Gergo Lovrencsicsa. - Przestańmy mówić, że liga węgierska jest słaba. Oni nas już dawno przegonili. Miło patrzyło się na takiego piłkarza - dodaje Arkadiusz Onyszko.

Tomasz Hajto to wielka gęba naszej ligi. Jako trener zachowuje się tak, jak grał. Dziś jego Jagiellonia gra z Górnikiem. Bez zawieszonego Tomasza Frankowskiego. - Tomek i Paweł Janas zaczynają jechać na młodych piłkarzy. Pomyślałem sobie: oho panowie, starzejecie się. Niech proporcjonalnie do jego wywiadów idą sukcesy - twierdzi Basałaj.

Czy Wisła zacznie liczyć się w walce o mistrzostwo, skoro już teraz za trenera Michała Probierza przymierza się Franciszka Smudę? - Media są okrutne, bomba tyka - mówią goście Magazynu Ekstraklasy.

11:30, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zapraszam na Magazyn Ekstraklasy po 1. kolejce. Moim gościem jest Cezary Kucharski.

- To bzdura, że Robert Lewandowski, jego koledzy z Borussii oraz Wojciech Szczęsny rozbijają kadrę Waldemara Fornalika od środka, podważając autorytet nowego selekcjonera - na wstępie Magazynu Ekstraklasy nasz gość Cezary Kucharski, menedżer Lewandowskiego, odniósł się do weekendowych informacji o ostatnim zgrupowaniu reprezentacji. Później były legionista zachwycał się drużyną z Łazienkowskiej, która rozbiła Koronę 4:0. - Nie tylko współpraca Ljuboi z Saganowskim dała tak efektowne zwycięstwo. Także inni, młodzi piłkarze przyłożyli się do tego zwycięstwa - dodaje Kucharski i wskazuje, co różni Legię Urbana od Legii Skorży. Wisła, inni kandydat do mistrzostwa Polski, wymęczył wygraną z GKS Bełchatów. Znów błysnął Melikson, w Lechu, który rozbił Ruch 4:0, olśnił pozyskany z Węgier Lovrencsics. - Lech potrzebuje tak kreatywnych postaci, dla których kibice przychodziliby na stadion. Widać poznaniacy mają dobrych ludzi, którzy śledzą ligę węgierską i wyciągają stamtąd tak dobrych graczy - uważa Kucharski i dodaje, że nie spodziewa się, by Jagiellonia była w stanie walczyć o tytuł z Legią.





11:34, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 sierpnia 2012

W Polsce zamiast kopać piłkę kopie się w Ekstraklasę. Fakt, niewiele trzeba, by zostać mistrzem Polski, faworytami stają się ci, którzy latem doznali najmniejszych strat i drastycznie nie ścięli budżetu, ale to i tak nasze najbardziej oczekiwane rozgrywki ligowe.

 

Nie będzie łatwo z rozmachem rozpocząć sezon 2012/2013 T-Mobile Ekstraklasy. Poprzedziła go sportowa porażka przeplatana z zachwytem nad piękną, niespotykaną na co dzień scenerią prawdziwych piłkarskich widowisk Euro, następnie telewizyjny powiew wielkiego świata igrzysk, wreszcie huczna klęska w europejskich pucharach, w których po trzech rundach notorycznego wyciągania piłki ze swojej bramki ostały się tylko Legia i Śląsk.

Przez ostatnie miesiące, kiedy przyznano medale za poprzedni sezon, polski futbol został zepchnięty na peryferie. Skopała go nie tylko reprezentacja nawet nie półtoramilionowej Estonii, ale także nasz złoty medalista z Londynu Tomasz Majewski, który - w esencji swojej wypowiedzi - bierze naszych piłkarzy za półgłówków. W podobny ton wpisali się zresztą siatkarze, którzy po wygraniu Ligi Światowej, a jeszcze przed nieudanymi dla nich igrzyskami, napoleońsko koronowali się królami polskiego sportu, podważając sens istnienia futbolowego światka.

Argumentów wszyscy mieli dość, bo na marne notowania piłki w naszym kraju wpływają wszyscy z nią związani. Od przywiązanych do stołków działaczy-cwaniaczków po samych piłkarzy, z których wielu rzeczywiście nie umie sklecić zdania, a ich jedyną pasją związaną ze sportem, są pieniądze, które całkiem szerokim strumieniem - nieadekwatnie do wkładu pracy - leją się co miesiąc na ich konta.

Ale nie dlatego pieniądze, a właściwie ich deficyt, stały się tego lata tematem numer jeden. Właściciele klubów, których recesja dotknęła i tak dość późno, zaczęli interesy zwijać zamiast - jak bywało to w ostatnich latach - coraz hojniej je dotować. Z Lecha odeszło aż sześciu kluczowych piłkarzy, w tym dwie autentyczne ligowe gwiazdy - Artjom Rudniew (HSV Hamburg za dwa miliony euro) i Semir Stilić (Karpaty Lwów za darmo). Wiśle Kraków, która po nieudanym poprzednim sezonie miała odkuć się już jesienią, nie udało się wykupić z Belgii najlepszego strzelca Dudu Bitona, bez żalu oddano również czterech innych obcokrajowców, którzy byli filarami drużyny. Zdemolowany kadrowo, mimo perspektywy walki o Ligę Mistrzów, został nawet Śląsk, w którym trener Orest Lenczyk obronę musiał budować od nowa.

Pomijając drużyny środka tabeli, o losie których w dużej mierze zdecyduje boiskowa determinacja i przypadek, kilka zespołów zdołało jednak utrzymać podstawowych piłkarzy. I to właśnie one stają się kandydatami do mistrzostwa.

Faworytem numer jeden jest Legia Warszawa, która frajersko straciła tytuł na finiszu poprzedniego sezonu. W letniej przerwie na tle konkurentów stała się prawdziwą awangardą nie oddając żadnego z podstawowych graczy poprzedniego sezonu, dołączając do nich wartościowego weterana, 34-letniego Marka Saganowskiego, oraz debiutantów - Daniela Łukasika czy Dominika Furmana. Pozbyła się za to obciążający budżet zaciąg trenera Macieja Skorży. Jan Urban, w przeciwieństwie do poprzednika-asekuranta, dostrzega w zespole potencjał godny mistrza.

Dość pewnie brzmi także prowadzący Jagiellonię Tomasz Hajto, którego najmłodsza obok Widzewa drużyna ligi (nawet liczac 38-letniego Tomasza Frankowskiego średnia wieku to 23,7) powinna przynajmniej bić się o puchary. Śmiałe prognozy klub poparł transferami wyróżniających się obrońców - Filipa Modelskiego, Michała Pazdana i Ugochukwu Ukaha.

Mimo osłabień drużynie z Białegostoku dorównać powinni obrońcy tytułu z Wrocławia, Wisła, Lech i Ruch, który w transferowym bilansie też wyszedł na plus (przyszli m.in. Maciej Sadlok, Pavel Sultes oraz Marcin Kikut, odeszli Rafał Grodzicki i kończący karierę Wojciech Grzyb).

Kandydatów do spadku wskazać trudno, bo nawet trener przetrzebionego Widzewa (sześciu nowych graczy w jedenastce) zawsze wynajdzie w niższych ligach nastolatków zdolnych podołać wymaganiom ekstraklasy.

Pod tym względem to przełom, bo tylu młodych graczy ekstraklasa nie miała już dawno. Zaniżyli oni niespotykaną w XXI w. średnią wieku ligowców do 25,4 lat, a w kadrach wszystkich drużyn jest zaledwie siedemnastu 35- i więcej latków.

Cezurą dla rozgrywek ligowych jest też nowy selekcjoner, który dość odważnie chce w każdej kolejce wyłapywać po dwa-trzy nazwiska piłkarzy, którym należy dać szansę w kadrze. Jeśli nie na boisku, to przynajmniej do otrzaskania się na zgrupowaniu wśród bardziej doświadczonych kolegów, o czym Waldemar Fornalik zapewnił mnie jeszcze przed dzisiejszym meczem Pogoń - Zagłębie.

Sezon ten będzie więc tyleż walką o mistrzostwo, co szansą dla młodych, którym z konieczności, bądź jak w przypadku Legii wytyczonej przez trenera koncepcji, drzwi do ekstraklasy otwierają się coraz szerzej. Właśnie na to liczy Tomasz Łapiński, wicemistrz olimpijski z Barcelony, który sam debiutował w ekstraklasie przed 18. urodzinami.

- Mam nadzieję, że w tym sezonie będzie bardziej młodzieńczo, beztrosko, mniej kunktatorsko. Młodych w ostatnim sezonie nie było zbyt wielu, ale ci, co do swoich zespołów weszli, tryskali chęciami. Sporo można spodziewać się po beniaminkach, ruszą z impetem, niesione jeszcze awansem - przewiduje Łapiński.

Takich jak on jest jednak niewielu, bo w lawinie mankamentów ekspertom coraz trudniej wyłowić powody, dla których do naszej ekstraklasy warto co weekend zasiąść.

Ale kibice albo nie są tak krytyczni, albo liga ich naprawdę kręci. To ich liczne jak na polskie warunki audytorium zachęca aż trzy polskie telewizje (Canal+, Polsat, TVP) i nadawców internetowych (Sport.pl), by sięgać po prawa do ekstraklasy, oprawiając ją transmisjami, magazynami i analizami w stylu zachodnich lig europejskich. To ich niezła jak na nasze warunki frekwencja, która po wybudowaniu kilku porządnych stadionów znacząco wzrosła, powoduje, że dość bogaci sponsorzy wciąż na polską piłkę chcą dawać, a poza Józefem Wojciechowskim, żaden z właścicieli z futbolu się nie wycofał.

Fundamentalnych przeciwników naszej Ekstraklasy nic pewnie do niej nie zachęci, ale są i tacy, których nic nie zniechęci, Ci czekają co roku pierwszego gwizdka z wielkimi nadziejami. „Jaka jest, taka jest, ale ważne, że dziś startuje. Oj, liga, nasza liga”... - napisał na Facebooku Radosław Gajda, były rzecznik wojewody łódzkiego, który w latach 90. zjeździł za GKS Bełchatów tysiące kilometrów po całej Polsce.

Takich jak on znalazłem wczoraj w sieci kilkunastu. W całej Polsce są ich setki tysięcy.

18:05, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco