Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
czwartek, 25 października 2012

Miała być perełka, cacuszko, sport nr 1 wszystkich Polaków. Z każdym dniem działacze siatkarscy robią jednak wszystko, by postawić ich na równi z futbolowymi pobratymcami. Wzajemne kopanie się po kostkach przychodzi im z łatwością, jak tak dalej pójdzie, staną przed szansą, by swój sport skopać na dobre.

Nie czuję specjalnej mięty do większości działaczy sportowych. Obserwując ich światek przez ponad 18 lat, nabrałem wystarczająco dystansu, straciłem empatię, generalnie i z zasady przestałem wierzyć w ich słowa, zapowiedzi i zapewnienia.

W siatkówce uczyłem się tego dłużej, bo początkowo naiwnie oczekiwałem, że wreszcie narodził się gatunek działaczy w polskim świecie sportu niespotykany – sprawnych, niezakotwiczonych w starym systemie menedżerów, którymi kierują ambicje, by swój sport wyciągnąć ponad ogólnokrajową mizerię.

Sportowo szło/idzie im świetnie. Pomijam dwuznaczne sytuacje, w których przestają rządzić zdrowe zasady rywalizacji, a zaczyna liczyć się kupczenie i cwaniactwo. Zresztą te staraliśmy się piętnować dość precyzyjnie. Wielokrotnie zarzucaliśmy na łamach „Gazety” i Sport.pl czy to prezesowi Mirosławowi Przedpełskiemu czy jego najbliższym współpracownikom, że kupno dzikiej karty w jakichkolwiek rozgrywkach to nie jest dobry sposób na wyniesienie siatkówki na poziom dla innych sportów w Polsce galaktyczny.

Dziś Bogusław Adamski, były sekretarz generalny PZPS, który stanął w opozycji do obecnych władz, ujawnił, że Przedpełski nie kupił dzikiej karty dla polskich siatkarek na Puchar Świata (dopiero w konsekwencji Polki mogły jechać na igrzyska). Uczynił z tego zarzut, wyprowadzając kolejny cios, który ma zdyskredytować szefa związku.

Rzeczywiście, Przedpełski zasługuje na to, by go rozliczać, a za rozmaite decyzje nawet piętnować. Ale nie w tym przypadku. Oczywiście pod warunkiem jednak, że karta ta nie była przedmiotem targu prezesa PZPS w walce o stanowisko w światowych władzach, ale tego pewnie nikt nikomu nie udowodni. Polki miały szansę na igrzyska jechać poprzez turniej kwalifikacyjny, ale przegrały z Turczynkami i w Londynie ich nie oglądaliśmy. To jedyny powód, który przynajmniej ja przyjmuję do wiadomości.

Zresztą zostawmy te sprawę, ona niebawem umrze sama. Rzecz w tym, że środowisko siatkarskie - tak samo jak inne sportowe w Polsce niewolne jest od nieczystych zagrywek, koterii i koniunkturalizmu - staje się coraz bliższe środowisku piłkarskiemu. Z tym że na tych działaczy kibice już się uodpornili, ignorują od lat, nie licząc na poprawę, co jakiś czas wyrażając swoją opinię na ich temat tradycyjnym „J... PZPN”.

Dzisiejsza sprawa dzikiej karty, która dla mnie żadnym skandalem nie jest, to nie jednostkowy wypadek, w którym środowisko siatkarskie kopie się po kostkach. Wcześniej były inne – nieprawidłowości w przeprowadzeniu wyborów, nieprawidłowości w zarządzaniu, kontrowersyjne umowy, faktury, a po drugiej stronie donosy do CBA, oskarżenia, groźby, etc. Kiedyś w skali mikro, teraz makro, właściwie już bez znaczenia o kogo chodzi i kto siatkówką rządzi - Biesiada, Przedpełski, Adamski i inni.

Nie mnie przestrzegać siatkarskich bonzów, do czego awantury te prowadzą. Jeśli rzeczywiście zależy im na siatkówce i chcą dla niej coś zrobić (choćby wielomilionowa rządowa inwestycja w Szkolne Ośrodki Siatkarskie), to niech swoją energię wykorzystają w tym właśnie kierunku. Oczywiście pilnując się wzajemnie, z ograniczonym zaufaniem patrząc sobie na ręce. Jeśli ich czas zajmować będą tylko podjazdowe wojenki (to naprawdę domena nie tylko obecnej opozycji, dzisiejsi rządzący w podobny sposób obalali przecież Janusza Biesiadę), ci, którzy na ich sport wykładają, a więc budżet państwa, Polkomtel, Orlen, PGE, Asseco, JSW, ZAKSA i inne mniejsze firmy, bardzo szybko zorientują się, że powierzają swoje wielkie pieniądze w ręce ludzi nieodpowiedzialnych. Kibicom z kolei - oddanym, kulturalnym, bez pamięci w siatkówce zakochanym - nie pozostanie nic innego jak takich działaczy ignorować. Oby tylko nie wyrażali o nich opinii wzorem futbolowych bywalców stadionów. No ale skoro przykład idzie z góry.

21:01, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 października 2012

Wśród winnych kompromitacji z odwołaniem hitowego meczu z Anglią PZPN zajmuje bezapelacyjnie pierwsze miejsce na podium.

Katastrofy to nasza specjalność. Zwłaszcza takie, w których ludzie odpowiedzialni nie dopilnowali po trosze swoich obowiązków. Potem zaś przerzucają winę i zamiast ze wstydu spuścić głowy, oczekują przeprosin. Jednego winnego kompromitacji z odwołaniem meczu Polska - Anglia nie ma i pewnie nie będzie. Kibicowi musi wystarczyć tłumaczenie, że zawinił deszcz.

Fakty mówią tyle: wybudowany za 2 mld zł Stadion Narodowy jest pierwszym i prawdopodobnie ostatnim na świecie nowoczesnym obiektem z zasuwanym dachem, na którym mecz nie odbył się z powodu opadów deszczu. Był też jedynym, na którym podczas niedawnego Euro dach był zasłonięty, kiedy na zewnątrz słońce prażyło, a temperatura przekraczała 30 st. C.

Zdezorientowany kibic, który przybył we wtorek do stolicy z Suwałk, Zakopanego, Torunia czy Koszalina, a po odwołaniu meczu zabrał się ze złością do domu, mimo upływu kilku godzin wciąż czuje się jak bohater Barejowskiej komedii.

Organizator spotkania, czyli PZPN, nie bierze winy na siebie i "nie czuje się organem właściwym, by kierować do niego pretensje". Działacze bez żenady przyznają, że dopiero po odwołaniu meczu w środę dowiedzieli się, jaka jest procedura zamykania dachu, i że nie robi się tego podczas opadów. Zamierzają więc skarżyć Narodowe Centrum Sportu (NCS), operatora Stadionu Narodowego, oraz sprawujące nad nim nadzór Ministerstwo Sportu za niewłaściwe przygotowanie murawy do zawodów. Występują z roszczeniem o naprawienie poniesionych strat i wyrządzonych szkód. Do odpowiedzialności zamierzają pociągnąć nawet TVP, która przeprowadziła przedmeczowe studio "w sposób krzywdzący dla PZPN".

Wszystkie oświadczenia podpisane są enigmatycznym "Zarząd", a ustępujący niebawem prezes Grzegorz Lato na pytanie, co zrobić z dachem, który nie zamyka się podczas deszczu, całkiem serio wydał komendę: "Zlikwidować dach!".

Absurd goni absurd.

NCS również nie poczuwa się do winy. Ono realizowało zamówienie PZPN. Uważa, że murawa miała drenaż i była przygotowana doskonale. Wiadomo jednak, że nie była, bo położona kilka dni przed meczami z RPA i Anglią miała grubość 2 cm, a nie jak na Euro ponad 20. Na miejscu nie było też sprzętu, którym usuwano by zalegającą na boisku wodę. Deszcz lał, a kibice czekali, aż komisarz FIFA podejmie decyzję o odwołaniu spotkania.

Szef NCS tłumaczy też, że dachu nie kazał zamykać organizator, czyli PZPN, na prośbę trenera reprezentacji. Powołuje się też na zalecenie FIFA, że jeśli dach był otwarty na poniedziałkowym treningu, to powinien być także otwarty następnego dnia podczas meczu. Bez względu na warunki atmosferyczne.

Sztab reprezentacji twierdzi, że tylko wyraził swoją opinię w sprawie dachu, nie spodziewał się opadów, a później zupełnie nie zajmował się sprawą, bo to nie jego kompetencje.
Nie bacząc na wytyczne, komisarz FIFA - widząc, co się święci - kazał dach zamknąć. Ale dopiero około 20. Było już za późno, bo dachu nie zamyka się wtedy, kiedy akurat pada, a PZPN, który powinien o tym zdecydować, nie znał instrukcji. Koło się zamyka, wszystkich łączy jedynie to, że nikt nie sprawdził, jaka będzie pogoda.

Kibice najbardziej przeklinają bezpośredniego organizatora, czyli PZPN.
Ale mimo propozycji prawników nie ma na razie żadnych sygnałów, że będą domagać się odszkodowania za bilety albo składać sądowe pozwy o zadośćuczynienie od organizatora. Ich złość przeradza się tylko w niewybredne żarty, bo dla nich Związek jest tak niekompetentny, że aż ręce opadają. Przecież to nie pierwsza wpadka PZPN, a działacze wciąż mają się dobrze. Lato i jego świta budzą tylko politowanie i irytację. Właściwie słusznie, bo to tylko mecz. Wyobraźmy sobie, że zarządzają elektrownią atomową albo wysyłają w przestworza Feliksa Baumgartnera. 

10:15, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 października 2012

Glik i Krychowiak - bez nich nie byłoby punktu. Z odpowiedzialnych za destrukcję stali się bardzo niebezpiecznymi piłkarzami w ataku. Kamil Glik wyjaśnił wiele sytuacji we własnym polu karnym i zadał decydujący cios pod bramką rywala. Grzegorz Krychowiak pokazał, na czym polega gra na pozycji defensywnego pomocnika.

To bezwzględni bohaterowie meczu w polskiej drużynie. Zdarzały się akcje, kiedy na zmianę przecinali ofensywne akcje Anglików. Krychowiak w kolejnym spotkaniu pokazał, że defensywne zadania w środku pola nie polegają jedynie na wykopywaniu piłki i wykluczają celnych, otwierających kontry podać.

Glik? Na pozycji stopera wielka klasa. Nadążał za rywalami, zawsze interweniował w tempo, popełnił niewiele błędów.

Zawiedli? Polański, Piszczek, a także...

To nie był mecz Eugena Polańskiego. Wiadomo, że przeżywał na zgrupowaniu trudne chwile, wracał do rodziny, która potrzebowała jego pomocy i to, niestety, było widać. Brakowało mu koncentracji, abstrahując od niesprawiedliwych decyzji sędziego niepotrzebnie faulował w niebezpiecznych miejscach dla naszej bramki, kilka razy stracił piłkę, niedokładnie podawał.

Łukasz Piszczek w niczym nie przypominał obrońcy Borussii Dortmund, był swoją kalką z nieudanego Euro. Przede wszystkim nie zdążył za Rooney'em, który uprzedził go przy rzucie rożnym i strzelił gola, co znacząco wpływa na jego notę. W kolejnej akcji interweniował na tyle niefortunnie, że zagrał piłkę pod nogi rywala. W drugiej połowie udało mu się kilka razy celnie dośrodkować, starał się jak mógł, ale nic wielkiego z jego zagrań nie wynikało.

Słaby występ Pawła Wszołka to chyba wynik tremy. Na początku uciekał od gry, szybko pozbywał się piłki, wracając we własne pole karne omal nie faulował rywala w pozornie niegroźnej sytuacji. Sporo strat, mało efektownych wyjść skrzydłem, Polacy generalnie nacierali tylko prawą stroną.

Nie zachwycił także Robert Lewandowski, ale do niego zawsze przykładamy inną miarę. Zmarnował dogodną sytuację w pierwszej połowie i wciąż pozostaje w snajperskiej niemocy. Poza dwoma ładnymi podaniami do Grosickiego i Wawrzyniaka starał się demolować defensywę rywala, ale nie było to wsparcie godne najbardziej obiecującego polskiego piłkarza. Zbyt długo przetrzymywał piłkę, momentami zachowywał się dość egoistycznie, nie dostrzegając np. Obraniaka. Mimo to widzowie TVP wybrali go na gracza meczu.

Metamorfozy meczu: Obraniak i Grosicki

Po pierwszej połowie najmniej pożytecznym piłkarzem był Ludovik Obraniak. Po boisku poruszał się w swoim stylu, czyli człapiąc, pasywnie schodził do boku i unikał starć z rywalem. Kiedy już znalazł się na wolnej pozycji, koledzy w ogóle go nie zauważali.

Po przerwie stał się motorem polskiej drużyny. To on oddawał najgroźniejsze strzały, wreszcie podawał na miarę rozgrywającego nie zwalniając akcji, zaliczył także precyzyjną asystę z rzutu rożnego.

Odwrotną drogę przeszedł Kamil Grosicki. W pierwszej połowie wszędzie było go pełno, może za często starał się być efektowny, nie wykorzystał okazji, kiedy mógł strzelać z dogodnej pozycji na bramkę. Generalnie jednak świetnie zastępował Jakuba Błaszczykowskiego.

W drugiej połowie zgasł. Nie było go w ogóle widać, baterie się wyczerpały.

18:58, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (15) »
sobota, 13 października 2012

Dwaj piłkarze środka pola, choć z zupełnie innymi zadaniami. Dwaj występujący w lidze francuskiej, wychowani – mimo różnej przeszłości - według zachodniego futbolowego sznytu. Na tym podobieństwa się kończą. Ludovic Obraniak i Grzegorz Krychowiak to dwa mentalne światy. Ten pierwszy - mimo totalnych zawodów, jakie sprawia - wciąż ma w kadrze carte blanche. Drugi z nich wykorzystuje każdą okazję, by biało-czerwoną koszulkę przyznawać mu w pierwszej kolejności.

To nie tak, że Krychowiak powalił mnie swoim występem w towarzyskim meczu z RPA, choć prawdą jest, że był wyróżniającym się piłkarzem nie obu reprezentacji. Imponujące jest, w jak naturalny sposób zawodnik Stade Reims pnie się po stopniach drogi, jaką otworzył przed nim Waldemar Fornalik.

Od znawców ligi francuskiej usłyszałem dziś, że Krychowiak zagrał w piątek jak nie Krychowiak. Mówiąc krótko, robił na boisku więcej, szybciej, precyzyjniej, bardziej nieszablonowo niż na co dzień w klubie. Wizja gry we wtorek przeciwko Anglikom dała mu jeszcze większą pewność, każdy kibic miał wrażenie, że zależy mu bardziej niż 21 pozostałym biegającym po boisku. Warto też wspomnieć o tym, w jaki sposób piłkarz ten wypowiada się o swojej reprezentacyjnej szansie. Całkiem szczerze, bez buty mówi, że pozycja rezerwowego na Anglików byłaby dla niego rozczarowaniem, analizując mecz – to już kwestia elokwencji, która nie na każdego kadrowicza spłynęła takim strumieniem – nie uciekał się do banałów: „wita, rozumita, z Anglikami trza się bić”.

Oczywiście, Krychowiak w meczu z RPA z czasem gasł, popełniał błędy, ale dał selekcjonerowi podstawy, by uznać go za pierwszego w pomocy z zadaniami defensywnymi.

Tak też pewnie będzie. Eugen Polański raczej do Polski nie wróci, bo jego żona spodziewa się dziecka, a stan jej zdrowia jest nie najlepszy (chyba lepiej mówić o tym wprost niż dawać gawiedzi podstawy do nieuzasadnionych spekulacji), Rafał Murawski z kolei wciąż jest w formie mocno plażowej. Krychowiak będzie zapewne uzupełniał się z Arielem Borysiukiem, stając się pierwszym do rozbijania Anglików w środku boiska.

Zacząłem od porównania Krychowiaka z Obraniakiem, bo obawiam się, że zawodnik Bordeaux jednak znów dostanie szansę. Mimo że na nią absolutnie nie zasługuje, nie dodaje reprezentacji ani klasy, ani umiejętności, które od czasu do czasu udaje mu się sprzedać w klubie.

Kiedy Fornalik rozsyłał powołania, sądziłem, że Obraniak znalazł się w kadrze tylko dlatego, by nie dać krytykom podstaw do opinii, że kadrą rządzą piłkarze, a nie selekcjoner. Dziś mam wrażenie, że z braku poważnej alternatywy, Obraniak na Anglików jednak wyjdzie, mimo że z Robertem Lewandowskim współpracuje źle, a i z pozostałymi kadrowiczami jakiejś specjalnej chemii nie ma.

Kto ewentualnie za niego? Nie byłoby chyba wielką ekstrawagancją wystawić za Lewandowskim Adriana Mierzejewskiego, niezależnie od jego słabszego występu przeciwko RPA. Innego wyjścia nie ma, bo trener kadry na Anglików raczej nie wyskoczy z eksperymentem: Arkadiusz Milik na szpicy, za nim wchodzący z pomocy Lewandowski.

Mój skład na Anglię? Tytoń (no chyba, że Fornalik zagra naprawdę va banque i wystawi Tomasza Kuszczaka) – Piszczek, Wasilewski, Perqius, Wawrzyniak – Wszołek, Krychowiak, Borysiuk, Grosicki – Mierzejewski – Lewandowski.

11:48, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (26) »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco