Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Dzisiejszy Magazyn Ekstraklasy trwa aż 40 minut. A wszystko dlatego, że miałem gości, którzy o lidze mówią nie tylko długo, ale i ciekawie. I bezkompromisowo, o czym świadczą wypowiedzi Marcina Adamskiego. Oglądajcie, słuchajcie, poniżej resume tego, co w programie.

- Ja tam lubię piłkarzy, średnio jest, kiedy sportowiec ocenia sportowca – zaczął Artur Partyka w nawiązaniu do wypowiedzi kulomiota Tomasza Majewskiego, który ostro zrugał naszych ligowców. Nasz gość, wicemistrz olimpijski w skoku wzwyż, jest wielkim fanem futbolu.

Omawianie kolejki zaczęliśmy od fantastycznego startu Widzewa. - Wstrzymałbym się z tymi zachwytami, to dopiero druga kolejka. Przed sezonem stawiałem ten zespół w gronie tych walczących o utrzymanie i zdania nie zmieniam – stwierdził zaskakująco Marcin Adamski, były gracz Zagłębia, ŁKS, Rapidu Wiedeń oraz reprezentant Polski. Obaj goście Magazynu Ekstraklasy przyznają piłkarzom Ruchu Djokiciovi i Sadlokowi po dwie czerwone kartki za faule i zdyskwalifikowaliby ich przynajmniej na trzy mecze.

Polska liga to liga paradoksów. Jeden z najsłabszych piłkarzy w Śląsku, Cetnarski, zdobywa dwa gole z karnych i decyduje o wyniku meczu. Skoro o wrocławianach mowa, uważam, że wszyscy są sobą zmęczeni. Diaz, który nazwał trenera Lenczyka ch..., powinien odejść po rozwiązaniu kontraktu przez klub. Pan Lenczyk też zachowuje się jak dyktator, a w obecnych czasach trener nie powinien się tak zachowywać. To wpływa źle na wizerunek klubu – mówi dosadnie Adamski.

Goście w studio proponują selekcjonerowi powołanie z naszej ligi Milika, Wszołka i Łukasika.



10:34, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 sierpnia 2012

Oto zapowiedź 2. kolejki T-Mobile Ekstraklasy. Moimi gośćmi byli Janusz Basałaj i Arkadiusz Onyszko.



- Polonia pokazuje, że wystarczyło wrzucić granat do klubu, doprowadzić do rewolucji i są efekty - tak Janusz Basałaj, szef Orange Sport, ocenia świetny start Polonii. Ale i pozostałe drużyny zasłużyły na dobre słowo. - Kibice byli spragnieni ligi, bo czekali na nią najdłużej w historii. Choć lubimy narzekać, to był bardzo dobry start ekstraklasy. Opinii tej nie powinny zmienić wydarzenia drugiej kolejki, bo nic nie zmienia się w ciągu tygodnia - dodaje Basałaj. Hit kolejki to mecz Polonia - Lech, starcie dwóch młodych trenerów oraz kolejna szansa dla świetnego Węgra Gergo Lovrencsicsa. - Przestańmy mówić, że liga węgierska jest słaba. Oni nas już dawno przegonili. Miło patrzyło się na takiego piłkarza - dodaje Arkadiusz Onyszko.

Tomasz Hajto to wielka gęba naszej ligi. Jako trener zachowuje się tak, jak grał. Dziś jego Jagiellonia gra z Górnikiem. Bez zawieszonego Tomasza Frankowskiego. - Tomek i Paweł Janas zaczynają jechać na młodych piłkarzy. Pomyślałem sobie: oho panowie, starzejecie się. Niech proporcjonalnie do jego wywiadów idą sukcesy - twierdzi Basałaj.

Czy Wisła zacznie liczyć się w walce o mistrzostwo, skoro już teraz za trenera Michała Probierza przymierza się Franciszka Smudę? - Media są okrutne, bomba tyka - mówią goście Magazynu Ekstraklasy.

11:30, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zapraszam na Magazyn Ekstraklasy po 1. kolejce. Moim gościem jest Cezary Kucharski.

- To bzdura, że Robert Lewandowski, jego koledzy z Borussii oraz Wojciech Szczęsny rozbijają kadrę Waldemara Fornalika od środka, podważając autorytet nowego selekcjonera - na wstępie Magazynu Ekstraklasy nasz gość Cezary Kucharski, menedżer Lewandowskiego, odniósł się do weekendowych informacji o ostatnim zgrupowaniu reprezentacji. Później były legionista zachwycał się drużyną z Łazienkowskiej, która rozbiła Koronę 4:0. - Nie tylko współpraca Ljuboi z Saganowskim dała tak efektowne zwycięstwo. Także inni, młodzi piłkarze przyłożyli się do tego zwycięstwa - dodaje Kucharski i wskazuje, co różni Legię Urbana od Legii Skorży. Wisła, inni kandydat do mistrzostwa Polski, wymęczył wygraną z GKS Bełchatów. Znów błysnął Melikson, w Lechu, który rozbił Ruch 4:0, olśnił pozyskany z Węgier Lovrencsics. - Lech potrzebuje tak kreatywnych postaci, dla których kibice przychodziliby na stadion. Widać poznaniacy mają dobrych ludzi, którzy śledzą ligę węgierską i wyciągają stamtąd tak dobrych graczy - uważa Kucharski i dodaje, że nie spodziewa się, by Jagiellonia była w stanie walczyć o tytuł z Legią.





11:34, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 sierpnia 2012

W Polsce zamiast kopać piłkę kopie się w Ekstraklasę. Fakt, niewiele trzeba, by zostać mistrzem Polski, faworytami stają się ci, którzy latem doznali najmniejszych strat i drastycznie nie ścięli budżetu, ale to i tak nasze najbardziej oczekiwane rozgrywki ligowe.

 

Nie będzie łatwo z rozmachem rozpocząć sezon 2012/2013 T-Mobile Ekstraklasy. Poprzedziła go sportowa porażka przeplatana z zachwytem nad piękną, niespotykaną na co dzień scenerią prawdziwych piłkarskich widowisk Euro, następnie telewizyjny powiew wielkiego świata igrzysk, wreszcie huczna klęska w europejskich pucharach, w których po trzech rundach notorycznego wyciągania piłki ze swojej bramki ostały się tylko Legia i Śląsk.

Przez ostatnie miesiące, kiedy przyznano medale za poprzedni sezon, polski futbol został zepchnięty na peryferie. Skopała go nie tylko reprezentacja nawet nie półtoramilionowej Estonii, ale także nasz złoty medalista z Londynu Tomasz Majewski, który - w esencji swojej wypowiedzi - bierze naszych piłkarzy za półgłówków. W podobny ton wpisali się zresztą siatkarze, którzy po wygraniu Ligi Światowej, a jeszcze przed nieudanymi dla nich igrzyskami, napoleońsko koronowali się królami polskiego sportu, podważając sens istnienia futbolowego światka.

Argumentów wszyscy mieli dość, bo na marne notowania piłki w naszym kraju wpływają wszyscy z nią związani. Od przywiązanych do stołków działaczy-cwaniaczków po samych piłkarzy, z których wielu rzeczywiście nie umie sklecić zdania, a ich jedyną pasją związaną ze sportem, są pieniądze, które całkiem szerokim strumieniem - nieadekwatnie do wkładu pracy - leją się co miesiąc na ich konta.

Ale nie dlatego pieniądze, a właściwie ich deficyt, stały się tego lata tematem numer jeden. Właściciele klubów, których recesja dotknęła i tak dość późno, zaczęli interesy zwijać zamiast - jak bywało to w ostatnich latach - coraz hojniej je dotować. Z Lecha odeszło aż sześciu kluczowych piłkarzy, w tym dwie autentyczne ligowe gwiazdy - Artjom Rudniew (HSV Hamburg za dwa miliony euro) i Semir Stilić (Karpaty Lwów za darmo). Wiśle Kraków, która po nieudanym poprzednim sezonie miała odkuć się już jesienią, nie udało się wykupić z Belgii najlepszego strzelca Dudu Bitona, bez żalu oddano również czterech innych obcokrajowców, którzy byli filarami drużyny. Zdemolowany kadrowo, mimo perspektywy walki o Ligę Mistrzów, został nawet Śląsk, w którym trener Orest Lenczyk obronę musiał budować od nowa.

Pomijając drużyny środka tabeli, o losie których w dużej mierze zdecyduje boiskowa determinacja i przypadek, kilka zespołów zdołało jednak utrzymać podstawowych piłkarzy. I to właśnie one stają się kandydatami do mistrzostwa.

Faworytem numer jeden jest Legia Warszawa, która frajersko straciła tytuł na finiszu poprzedniego sezonu. W letniej przerwie na tle konkurentów stała się prawdziwą awangardą nie oddając żadnego z podstawowych graczy poprzedniego sezonu, dołączając do nich wartościowego weterana, 34-letniego Marka Saganowskiego, oraz debiutantów - Daniela Łukasika czy Dominika Furmana. Pozbyła się za to obciążający budżet zaciąg trenera Macieja Skorży. Jan Urban, w przeciwieństwie do poprzednika-asekuranta, dostrzega w zespole potencjał godny mistrza.

Dość pewnie brzmi także prowadzący Jagiellonię Tomasz Hajto, którego najmłodsza obok Widzewa drużyna ligi (nawet liczac 38-letniego Tomasza Frankowskiego średnia wieku to 23,7) powinna przynajmniej bić się o puchary. Śmiałe prognozy klub poparł transferami wyróżniających się obrońców - Filipa Modelskiego, Michała Pazdana i Ugochukwu Ukaha.

Mimo osłabień drużynie z Białegostoku dorównać powinni obrońcy tytułu z Wrocławia, Wisła, Lech i Ruch, który w transferowym bilansie też wyszedł na plus (przyszli m.in. Maciej Sadlok, Pavel Sultes oraz Marcin Kikut, odeszli Rafał Grodzicki i kończący karierę Wojciech Grzyb).

Kandydatów do spadku wskazać trudno, bo nawet trener przetrzebionego Widzewa (sześciu nowych graczy w jedenastce) zawsze wynajdzie w niższych ligach nastolatków zdolnych podołać wymaganiom ekstraklasy.

Pod tym względem to przełom, bo tylu młodych graczy ekstraklasa nie miała już dawno. Zaniżyli oni niespotykaną w XXI w. średnią wieku ligowców do 25,4 lat, a w kadrach wszystkich drużyn jest zaledwie siedemnastu 35- i więcej latków.

Cezurą dla rozgrywek ligowych jest też nowy selekcjoner, który dość odważnie chce w każdej kolejce wyłapywać po dwa-trzy nazwiska piłkarzy, którym należy dać szansę w kadrze. Jeśli nie na boisku, to przynajmniej do otrzaskania się na zgrupowaniu wśród bardziej doświadczonych kolegów, o czym Waldemar Fornalik zapewnił mnie jeszcze przed dzisiejszym meczem Pogoń - Zagłębie.

Sezon ten będzie więc tyleż walką o mistrzostwo, co szansą dla młodych, którym z konieczności, bądź jak w przypadku Legii wytyczonej przez trenera koncepcji, drzwi do ekstraklasy otwierają się coraz szerzej. Właśnie na to liczy Tomasz Łapiński, wicemistrz olimpijski z Barcelony, który sam debiutował w ekstraklasie przed 18. urodzinami.

- Mam nadzieję, że w tym sezonie będzie bardziej młodzieńczo, beztrosko, mniej kunktatorsko. Młodych w ostatnim sezonie nie było zbyt wielu, ale ci, co do swoich zespołów weszli, tryskali chęciami. Sporo można spodziewać się po beniaminkach, ruszą z impetem, niesione jeszcze awansem - przewiduje Łapiński.

Takich jak on jest jednak niewielu, bo w lawinie mankamentów ekspertom coraz trudniej wyłowić powody, dla których do naszej ekstraklasy warto co weekend zasiąść.

Ale kibice albo nie są tak krytyczni, albo liga ich naprawdę kręci. To ich liczne jak na polskie warunki audytorium zachęca aż trzy polskie telewizje (Canal+, Polsat, TVP) i nadawców internetowych (Sport.pl), by sięgać po prawa do ekstraklasy, oprawiając ją transmisjami, magazynami i analizami w stylu zachodnich lig europejskich. To ich niezła jak na nasze warunki frekwencja, która po wybudowaniu kilku porządnych stadionów znacząco wzrosła, powoduje, że dość bogaci sponsorzy wciąż na polską piłkę chcą dawać, a poza Józefem Wojciechowskim, żaden z właścicieli z futbolu się nie wycofał.

Fundamentalnych przeciwników naszej Ekstraklasy nic pewnie do niej nie zachęci, ale są i tacy, których nic nie zniechęci, Ci czekają co roku pierwszego gwizdka z wielkimi nadziejami. „Jaka jest, taka jest, ale ważne, że dziś startuje. Oj, liga, nasza liga”... - napisał na Facebooku Radosław Gajda, były rzecznik wojewody łódzkiego, który w latach 90. zjeździł za GKS Bełchatów tysiące kilometrów po całej Polsce.

Takich jak on znalazłem wczoraj w sieci kilkunastu. W całej Polsce są ich setki tysięcy.

18:05, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »
czwartek, 02 sierpnia 2012

Mecz z Argentyną ostatecznie potwierdził, że we wtorek z Bułgarami polscy siatkarze przeszli chwilową zapaść spowodowaną dekoncentracją. Na pewno nie wpisują się w atmosferę przeżywanych w Londynie „igrzysk po naszemu”, w której to zawsze komuś coś się nie udaje, coś zaskakuje, przeciwnik ma dzień konia, a naszym sportowcom rywala jest zwyczajnie żal.

Siatkarze, zresztą jak wszyscy liczący się przedstawiciele sportów zespołowych, jadą na igrzyska do roboty, a nie na przyjemne wakacje połączone ze zbieraniem znaczków i autografów, harują od pierwszego do ostatniego dnia, a taki sam cel jak oni (w naszym przypadku złoto) mają przynajmniej cztery inne ekipy. Nie pomniejszam innych sportów, nie wartościuję sukcesów, ale przez 14 dni goście ci muszą być w pełnej gotowości, utrzymywać dyspozycję fizyczną i psychiczną, zbierać się co drugi dzień do walki, co akurat w ich przypadku korzystne nie jest, bo w turniejowych bojach - czy to Liga Światowa, czy mundial, czy mistrzostwa Europy - przyzwyczajeni są do rywalizacji do kilkanaście godzin.

Mecz z Bułgarami nie wyszedł naszym z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że przetrzebiony, ale wyjątkowo zmobilizowany rywal nie miewał słabych chwil.

Spokój, jakim imponował po porażce trener Andrea Anastasi, kazał jednak czekać czwartku bez obaw. I stało się - Polacy jak we wszystkich tegorocznych występach bili przeciwnika aż miło. Znów sprzedali esencję swojej siatkarskiej filozofii, w myśl której tłamszą rywala zagrywką, a w ataku są bezwzględnie skuteczni już pierwszej po przyjęciu akcji. Znów grali wszyscy, znów byli zespołem, znów urządzili demonstrację siły.

Wracając dziś do wioski olimpijskiej znów powinni nosić wysoko głowy, jakby na przekór londyńskiej smucie, która rozciąga się na całą, ponad 200-osobową reprezentacją.

Siatkarze, choć przegrali z Bułgarami, nie narzekają, że wszystko oraz wszyscy przeszkadzają i w ogóle nie dopisuje im szczęście. Rozbijając Argentynę 3:0, udowodnili, że wciąż są jednym z najpoważniejszych kandydatów do złota. Oby swoją pewnością zarazili pozostałych członków naszej ekipy, którzy jeszcze olimpijskich zmagań będą mogli posmakować.

19:16, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco