Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
piątek, 22 sierpnia 2008

Inspirację do tytułu tej notki czerpałem z serwisu Plotek.pl. Teraz powinienem podać cztery możliwe odpowiedzi, z których tylko jedna jest prawidłowa:

a) Mariusz Pudzianowski

b) ja

c) Agnieszka Wieszzczek, brązowa medalistka z Pekinu

d) Sylwia Gruchała, która medalu w Pekinie nie zdobyła, bo „Italiano”

Żeby nie psuć Państwu zabawy (tak mówi Dariusz Szpakowski przed meczem, którego wynik jest już znany), nie polecam zaglądać tu, gdzie wyjaśniam, skąd zaczerpnąłem inspirację do przejrzenia zasobów naszej-klasy. Odpowiedzi proszę podawać pod wpisem. Spośród prawidłowych wylosujemy zwycięzcę, który będzie w nagrodę mógł wziąć udział w akcji „ręka-głowa”...

16:24, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
środa, 20 sierpnia 2008

Polscy siatkarze wrócą z Pekinu bez medalu, ale na potępienie nie zasługują (jadąc do pracy słyszałem w radio takich, którzy chcieli ich wieszać; Darkowi Wołowskiemu też polecam większej wstrzemięźliwości w radykalnej ocenie Polaków, który nie rozumie jak można dziękować siatkarzom po porażce). Zagrali lepiej niż się spodziewano, odpadli po zażartej walce, o wyniku której zdecydowały niuanse.

Tie break, remis 13:13. Gdyby po świetnej zagrywce Mariusza Wlazłego piłka wracająca na stronę Polaków nie zahaczyła o palec włoskiego rozgrywającego Valerio Vermiglio (jestem przekonany, że na tysiąc takich sytuacji Włoch dotknąłby piłkę najwyżej kilka razy), biało-czerwoni mieliby piłkę meczową. Vermiglio piłkę jednak trącił, a ta spadła na naszą stronę. Los się od nas odwrócił, Włosi wygrali następne akcje i mają półfinał.

 

Nie chcę zanudzać banałami, że tie break w siatkówce to jak konkurs rzutów karnych w piłce nożnej, ale w dużej mierze o naszej porażce zadecydowała fortuna. Oczywiście można mieć pretensje, że Polacy przespali pierwsze dwa sety, grając tak niemrawo jak w wielu meczach tego sezonu, można rozprawiać, co by było, gdyby od początku zagrali Marcin Wika i Marcin Możdżonek, zastanawiać się, czy Raul Lozano nie czekał ze zmianami zbyt długo, ale teraz nie ma to już żadnego znaczenia.  

Występ Polaków na igrzyskach był naprawdę niezły. Nie było kompromitacji jak na ostatnich mistrzostwach Europy czy też eliminacjach do następnego Euro. Oglądaliśmy zespół żądny sukcesu, który walczy, a siatkarze nie spuszczają głów po fatalnym starcie (mecze z Rosją czy Włochami). Widzieliśmy drużynę dobrze przygotowaną, która podniosła się z prochu, jaki został po zespole po fatalnym finale Ligi Światowej w Rio de Janeiro. Ktoś powie - jesteśmy wicemistrzami świata, a to zobowiązuje. Tak jest w istocie, ale wszystko, co wydarzyło się po roku 2006, pokazuje, że może był to poziom, który osiąga się tylko raz. Że nie jesteśmy wcale reprezentacją, której jedynym celem zostało pokonać w końcu Brazylię i regularnie stawać na podium, ale solidnym światowym zespołem z półki niżej niż Canarinhos czy Rosjanie. Teamem, który co najwyżej toczy wyrównane spotkania z Włochami, Bułgarami i Serbami, a od czasu do czasu pokonuje sąsiadów ze Wschodu.

Gdyby w Pekinie zdarzył się medal, byłby wielką niespodzianką, choć nie ukrywam, że i mnie apetyt wzrósł po triumfie nad Rosją. Nie udało się, szkoda. Szkoda tym bardziej, że drużyna w takim składzie może dotrwać do najbliższych mistrzostw Europy (jeśli się do nich po barażach z Belgią zakwalifikujemy), najdalej do mistrzostw świata 2010, ale po podium na igrzyskach już raczej nie sięgnie. Pozostaje tylko zapytać, kto zagra w Londynie 2012 po Zagumnym, Świderskim, czy Gruszce...

12:08, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (16) »
wtorek, 19 sierpnia 2008

Rozmawiałem dziś z Mileną Sadurek, rozgrywającą polskich siatkarek i przyznam, że jest to jeden z najrozsądniejszych głosów z kadry Złotek od kilku tygodni. Milena opowiada m.in. o tym, dlaczego Polkom nie udało się awansować do ćwierćfinału, zastanawia się, czemu w drużynie była kiepska atmosfera, odnosi się też do gorącej wymiany poglądów między trenerem Marco Bonittą a Anną Barańską.

„Między nimi pojawił się dziwny konflikt i chyba tylko oni wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi, choć uważam, że to sprawa nieco przesadzona. Krytykowanie kogoś w gazetach nie jest najlepszym wyjściem, lepiej załatwić to między sobą, a nie wywlekać wszystkie brudy na wierzch” - opowiada Milena.

Milena Sadurek

Sprawa rozgrywających - kto ma grać: czy Milena czy Katarzyna Skorupa - to chyba najbardziej palący problem tych igrzysk. Z tych stricte sportowych oczywiście. W kilku gazetach, internecie można było przeczytać, że drużyna wolała grać ze Skorupą. Co na to Milena? „Nie było mi miło, kiedy czytałam te rewelacje. Jeśli to prawda, zamiast mówić za plecami, dziewczyny mogły iść do trenera i zgłosić mu taki problem. Albo powiedzieć mi wprost, bo ja nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Ale między nami nigdy nie było takiej rozmowy, nigdy nie dały mi tego odczuć, więc tym bardziej zastanawia mnie, skąd się ta historia wzięła”.

Milena odniosła się również do plotki o tym, że jej koleżanki krzywo na nią patrzą, bo jest faworytką Bonitty nie tylko na boisku. „Tak jak nie odpowiadam za decyzje trenera, tak samo nie mam wpływu na to, kogo on lubi, a kogo nie. Ma kilka ulubionych siatkarek, nie wiem, czy akurat ja jestem na pierwszym miejscu. Obiektywnie patrzę na reprezentację. Nie tylko przez pryzmat zawodniczek, staram się także wczuć w rolę trenera. Rozmawiamy z Bonittą, to fakt. Nie wiem jednak, dlaczego to komuś przeszkadza”.

Przyznam, że Milena zaskoczyła mnie mówiąc tak szczerze i otwarcie o reprezentacji. Nie stawia się w roli ofiary, nie rzuca oskarżeń, ale rzeczowo przedstawia swój punkt widzenia. Po raz pierwszy też usłyszałem od sportowca, że nie patrzy na kadrę tylko przez pryzmat zawodnika (ten rzadko chwali, raczej się żali), bo starając się zrozumieć trenera, stawia się również w jego roli.

Wywiad ukaże się w środowym wydaniu ”Gazety”, wkrótce będzie także na stronie Sport.pl.

18:51, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Zaraz po meczu polskich siatkarzy z Rosją spotkałem się z Wojtkiem Drzyzgą, olimpijczykiem z Moskwy, teraz komentatorem Polsatu. Oczywiście rozmawialiśmy o drużynie Raula Lozano i jej szansach na medal. Wojtek zgodził się z moim zdaniem na ten temat, by nie popadać w wielką euforię, ale poszedł dalej. Jego zdaniem nasi siatkarze na igrzyskach są silniejsi niż na mistrzostwach świata w 2006 roku, kiedy zdobyli srebrny medal.

Oto opinia Wojtka: Spotkanie z Rosją było dobre przede wszystkim pod względem siatkarskim, a takich spotkań najbardziej brakowało naszej kadrze. Wiemy, że chłopaki umieją grać, ale potrzeba nam było spektakularnych zwycięstw. Polacy są dobrze przygotowani pod każdym względem - i fizycznym, i mentalnym. To igrzyska wywołały w nich taką motywację. Zespół zebrał się do kupy, stanowi monolit, wygrywa mecze, których nie musi, bo przecież dla nas wynik spotkania z Rosją był kompletnie bez znaczenia. Oprócz wygranej poniedziałkowy pojedynek dał nam coś ekstra - niesamowitą wiarę na przyszłość. Od siatkarskiej strony rezerwowi pokazali, że wchodzą na boisko bez groźby obniżenia poziomu, a podstawowi gracze są niezwykle stabilni. W każdym elemencie, od zagrywki zaczynając. Zagrywki, która jest na tyle zmienna, że zaskakuje rywala. Gramy coraz lepiej w obronie i choć ataki z pierwszego uderzenia nam nie do końca jeszcze wychodzą, w kontrze jesteśmy naprawdę nieźli. Duża w tym zasługa Zagumnego, który rozgrywa wspaniały turniej, a może nawet zawody życia.

Forma Polaków przypomina tę z mistrzostw świata, na których zdobyliśmy srebrny medal. A może nawet chłopaki są jeszcze lepsi, zwłaszcza psychicznie. To moim zdaniem 60 proc. wartości zespołu, reszta to siatkówka. Chłopaki wierzą w siebie, są już pewni swoich możliwości, a do tej pory zastanawiali się „czy nam się uda”...

Trzy tygodnie temu podczas turnieju Final Six Ligi Światowej było źle. Skąd ta metamorfoza? Nie upadła w chłopakach wiara. Są ze sobą na tyle długo, że wiedzą iż może to dla nich jedna z ostatnich imprez. Dojrzałość to jest klucz. Zagumny, Gruszka, Ignaczak, Świderski są u progu swoich karier a zarazem na szczycie. Do tego dochodzi młody, ale niezwykle dojrzały Winiarski. Liga Światowa nie wyszła i byliśmy zaniepokojeni, choć przecież jedna piłka decydowała o być albo nie być dla zespołu USA. Przed igrzyskami był czas na trening, grupa przetrwała i teraz sprzedaje to, co najlepsze.

Po meczu z Rosjanami po cichu zaczynam wierzyć w medal. Widzę wielką pewność w chłopaków, w to jak spoglądali rywalowi w oczy. Są prawdziwymi mężczyznami, którzy walczą do końca...

17:36, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »

Oceniając przed igrzyskami medalowe szanse polskich drużyn startujących w Pekinie wielu - ja również - wymieniało siatkarzy na ostatnim miejscu. Większą wiarą darzyliśmy piłkarzy ręcznych i siatkarki. Wyszło na to, co z przyjemnością stwierdzam, że to jednak drużyna Raula Lozano ma najprostszą drogę na podium.

Z przyjemnością oglądałem ostatni grupowy mecz Polaków i ich triumf nad Rosją. Zobaczyłem prawdziwy zespół, który liczy nie siedmiu, a dwunastu siatkarzy z wybijającym się rezerwowym Marcinem Wiką (a jeszcze trzy lata temu stał w kwadracie dla rezerwowych w Jastrzębiu i nikt nie dawał za niego złamanego grosza). Zespół, który podnosi się, otrzepuje po nieudanym występie z Brazylią i gra dalej mając przed oczami tylko wytyczony cel.

Przyznam, że postawa Polaków w Pekinie jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Rozgrywany przed trzema tygodniami turniej Final Six Ligi Światowej w Rio de Janeiro nie dawał najmniejszych symptomów na poprawę, tymczasem biało-czerwoni przeszli metamorfozę dokładnie odwrotną niż ich koleżanki z kadry Marco Bonitty, które z silnej sportowo i mentalnie drużyny stały się zlepkiem sportowców nadających na zupełnie innych falach.

Nie popadam w histeryczną euforię, mecz z Rosją był „tylko” pojedynkiem grupowym drużyn, które mają pewny awans do ćwierćfinału (czy z miejsca 2. czy 3. nie miało dla Polaków większego znaczenia, bo i tak o wszystkim zdecyduje losowanie), choć przecież Rosjanie marzyli o zajęciu pierwszej lokaty i ćwierćfinałowym pojedynku z Chinami. Zwycięstwo z Rosją dało jednak polskim siatkarzom niewiarygodną siłę przed fazą pucharową tunieju. Jeszcze wyżej podniosło morale, wzmocniło grupę, jedną z nielicznych na tych igrzyskach, którą nie targają nawet najmniejsze problemy (pisze o tym Rafał Stec).

Teraz Bułgaria lub Włochy (okaże się za kilka godzin), a zwłaszcza z tymi pierwszymi radzimy sobie jak mało kto (cztery zwycięstwa w poprzedniej Lidze Światowej, wygrany półfinał mistrzostw świata). Jeśli trafimy na Bułgarów, na kolejną potyczkę z Brazylią - tak przynajmniej wynika z regulaminu - jesteśmy skazani dopiero w finale (jakże smaczne byłoby zlać Canarinhos w meczu o złoto), a w półfinale czekałaby na nas Serbia lub USA i szansa na rewanż za potyczki w Rio. Więc co, medal? To naprawdę jest możliwe...

A Raul Lozano już wie, z kim zagra w ćwierćfinale - donosi o tym Rafał Stec.

PS. Wygląda na to, że już na Brazylię trafimy dopiero w finale bez względu na wyniki losowania. Tak przynajmniej wynika z rozstawienia.

10:51, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (14) »
niedziela, 17 sierpnia 2008

Polskie siatkarki nie przegrały igrzysk niedzielną porażką z USA. Przegrywały w poprzednich meczach nie wykorzystując swojej szansy. Przegrywały na długo przed wyjazdem do Pekinu. Nie były drużyną, zachowując się często jak uczestnicy letniej kolonii w Świnoujściu z mało odpowiedzialnym wychowawcą.

 

Sam występ Polek na igrzyskach nie jest sukcesem. Nasz zespół to dwukrotny mistrz Europy (do Pekinu pojechało sześć Złotek), który jest w stanie ogrywać najlepszych, a więc czwórka na igrzyskach była - przy sprzyjającym szczęściu - do osiągnięcia, o ćwierćfinale nie wspominając. Zamiast atmosfery triumfu i radości, że polskie siatkarki po 40 latach w końcu zagrały na igrzyskach, jest rozpacz, kac i zapowiedzi, że „teraz to ujawnimy całą prawdę” (według naszych wysłanników w Pekinie Anna Barańska ma to zrobić jeszcze w niedzielę).

Oceniając reprezentację tylko w samym turnieju olimpijskim, pierwszą klęskę poniósł selekcjoner planując strategię, która do rangi meczu o wszystko sprowadzała pojedynek z Japonkami. A gdzie inni rywale, których spokojnie można było pokonać? Prawie wszystkich, bo zdaję sobie sprawę, że najtrudniej byłoby ograć Kubanki.

Już po odpadnięciu z turnieju olimpijskiego Bonitta brnie w swoją teorię i wciąż uważa, że to ten jeden pojedynek zdecydował o wszystkim: „Mówiłem, że stać nas na olimpijski ćwierćfinał, ale też wiedziałem, że z Japonią przegraliśmy ostatnio trzy z czterech meczów”.

Bonitta, co pisałem wcześniej, opieszale i nie w porę reagował na boiskowe wydarzenia. Przykładów jest wiele, a ja podam najświeższy i wielce wymowny z czwartego seta ostatniego meczu z USA, kiedy to Katarzyna Skorupa nadawała się do zmiany, ale Milena Sadurek ani raz nie pojawiła się na boisku.

Zresztą mówi o tym sama Małgorzata Glinka: „Na takiej imprezie powinno być więcej zmian, nie można opierać się na siedmiu-ośmiu zawodniczkach. A zmiany, nawet jeśli były, nie przynosiły żadnego skutku. Dużo rzeczy się na to wszystko złożyło. Brakowało niekiedy świeżego spojrzenia z boku, nie podobały mi się niektóre decyzje trenerskie, wszyscy się w pewnym momencie pogubiliśmy”.

Samobójcza była też wypowiedź Bonitty o siedmiu zawodniczkach, które nadają się do gry, bo reszta nie spełnia jego oczekiwań. Z relacji siatkarek wiem, że słowa te bardzo zabolały niektóre z nich, odbierając ochotę do dalszej pracy. O przytyku Bonitty do Barańskiej nawet nie chcę wspominać („nie da się jej oglądać”), bo trudno racjonalnie wytłumaczyć te słowa, nawet jeśli trener ma rację i twierdzi, że siatkarka nie umie zaakceptować roli rezerwowej, co widzi cała drużyna (tak Bonitta mówił dziennikarzom w Pekinie po meczu z USA).

Nie należy jednak całej winy zwalać na trenera, bo winni są wszyscy - i Bonitta, i drużyna, bo być może niektóre siatkarki nie dojrzały do występu na takiej imprezie jak IO, i działacze Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Ci ostatni choćby za ciągłe rotacje na stanowisku menedżera, które zakrawały na kpinę. Jak w takiej sytuacji budować relacje między zagranicznym trenerem a zespołem, w którym ledwie kilka siatkarek mówi po włosku.

Informacje, jakie docierały z kadry siatkarek, wzbudzały niepokój długo przed igrzyskami, właściwie od pół roku, kiedy we wspaniałej atmosferze biało-czerwone były bliskie awansu na igrzyska z turnieju kwalifikacyjnego w Halle. Wszystko, co wydarzyło się później, kruszyło - wydawało się idealną - konstrukcję. W pewnym momencie sytuacja w kadrze zaczęła przypominać letnią kolonię w Świnoujściu z mało odpowiedzialnym wychowawcą, a nie profesjonalny zespół. Trener wyrzuca ze zgrupowania trzy zawodniczki, by później je przepraszać i zapraszać z powrotem. Wcześniej te same zawodniczki podpadają mu, bo nie przychodzą na imprezą po turnieju w Tokio dającym awans na igrzyska. Kilka siatkarek boczy się na inną, bo ta za często rozmawia z trenerem, później nawet nie bardzo chcą z nią grać. Trener, dokonując wyboru kadry na Pekin, najchętniej w ogóle by z nich zrezygnował, ale był w sytuacji bez wyjścia. Na samych igrzyskach po meczu z Japonią telenoweli ciąg dalszy. Znów dąsy, fochy i niedomówienia. Trener krytykuje drużynę, a ta zastanawia się, czy w kolejnych spotkaniach nie zaprotestować przeciwko Bonitcie. Trzy mniej doświadczone siatkarki w ogóle nie orientują się o co biega i chadzają własnymi ścieżkami. I można tak podawać kolejne przykłady, co stanowiłoby scenariusz na całkiem niezły wenezuelski tasiemiec.

 

Chciałbym się mylić, ale po dwóch latach kibice znów muszą przeżywać pogrzeb reprezentacji siatkarek. Tak jak po zakończonych kompromitacją mistrzostwach świata w Japonii w 2006 roku. Ale i teraz kadra się podniesie. Oczywiście pod warunkiem, że nie zleci się nad nią stado sępów („fachowców” czyhających na posady przy kadrze siatkarek), którzy zechcą uszczknąć coś dla siebie. Chcę wierzyć, że władze polskiej siatkówki przeprowadzą konkurs, który wyłoni najwłaściwszego kandydata na stołek selekcjonera, a po przyszłorocznych, rozgrywanych w Polsce, mistrzostwach Europy znów nie będziemy mieli kaca. Kaca takiego jak po Pekinie.

12:38, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (9) »
czwartek, 14 sierpnia 2008

Od początku igrzysk mam przyjemność prowadzić niektóre wejścia studia olimpijskiego w Polsacie News. Ostatnio moimi gośćmi byli Jerzy Kulej, bokserski arcymistrz, dwukrotny złoty medalista IO - w Tokio i Meksyku oraz Mirosław Rybaczewski, jedna z gwiazd legendarnej drużyny siatkarzy Huberta Wagnera. Obaj panowie spotkali się po raz pierwszy od lat, bo pan Mirek na co dzień mieszka we Francji. No i zaczęło się, wspomnienia odżywały z każdą minutą.

- Jurek, a pamiętasz...

- Tak, tak, Mirek. A wtedy to, a wtedy tamto...

Jerzy Kulej

Ich dyskusje tak rozgorzały, że jako prowadzący miałem spore problemy, by zapanować na niesfronymi gośćmi, których porywała każda udana akcja czy to piłkarzy ręcznych, czy siatkarzy, czy polskiego boksera. I wtedy naprawdę się wystraszyłem, bo pan Jurek zaczął przypominać jedną ze swoich finałowych walk na igrzyskach. I nie było zmiłuj się, szybkim ruchem ręki markował ciosy, już bałem się, że jego lewy sierp trafi w byłego siatkarza, ale wtedy pan Jurek uspokoił: - Nie trafię go, bo lewą ręką trzymam mikrofon.

Truno opisać jaką gratką jest spędzać czas w takim towarzystwie, ludzi, którzy naprawdę kochają sport. Zwłaszcza pan Jurek, który przy każdej okazji albo chwali, albo gani, albo dodaje otuchy występującemu akurat Polakowi. - No dawaj! Jak mogłeś! Świetnie! Etc.

Pan Jurek za każdym razem powtarza, że nic wspanialszego od igrzysk świat nie wymyślił. I jako jeden z nielicznych wciąż wierzy w biało-czerwonych w Pekinie. - Jeszcze by tego brakowało, żebym ja zaczął narzekać - tłumaczy.

Przy okazji zapraszam na olimpijskie studia w Polsacie News (codziennie o 8.15, 10.15, 12.15 i 14.15), bo gości mamy naprawdę świetnych - oprócz Kuleja i Rybaczewskiego przychodzą do nas m.in.: Tomas Wójtowicz, Robert Sycz, Marian Woronin, Krystyna Jakubowska, Jacek Wszoła, Zygfryd Kuchta, Wojciech Drzyzga i wiele innych znakomitości. I tak na koniec przypominam aktorską kreację pana Jurka w filmie "Przepraszam, czy tu biją?".

16:29, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
środa, 13 sierpnia 2008

Od pierwszego meczu polskich siatkarek na turnieju olimpijskim w Pekinie na trybunach hali wisi biało-czerwona flaga z podobizną Agaty Mróz. Do Pekinu zabrały ją Złotka na prośbę fan klubu honorowych dawców krwi.

Flaga z Agatą Mróz

Na pomysł wpadła m.in Iza Mrozińska, założycielka fan klubu honorowych dawców krwi, wraz z kibicami LSK (wyjaśnienie poniżej). Iza bardzo mocno zaangażowała się w pomoc Agacie i innym potrzebującym. - Wszystko zaczęło się od apelu w telewizji o zbiórce krwi dla Agaty. Ponieważ sama jestem honorowym krwiodawcą od 2002 roku, postanowiłam podzielić się cennym darem tym razem z Agatą. A że środowisko siatkówki zawsze było bliskie mojemu sercu, postanowiłam zrobić coś więcej. Na początku były to filmiki o krwiodawstwie, szpiku i akcjach dla Agaty. Po pierwszym odezwał się mąż Agaty - Jacek - z którym zaczęłam konsultować to, co powstaje spod mojej ręki. I tak zrodziła się znajomość z człowiekiem o wielkim sercu, odwadze i miłości, która przenosi góry - opowiada Iza.

Dzięki Izie przeprowadzane zostały kolejne zbiórki krwi, fan klub wciąż działa, próbuje pozyskać jak najwięcej dawców szpiku kostnego.

- Agata nauczyła mnie, jak cieszyć się chwilą, nie poddawać się, walczyć, choć nie każda batalia kończy się zwycięstwem - dodaje Iza. - Nie chcę, byśmy zmarnowali to, co zostawiła po sobie Agata. To wielka odpowiedzialność, ale mam wokół siebie ludzi, którzy będą razem ze mną rozwijać nasz fan klub. Działamy dalej. Udało nam się zablokować handel domeną agatamroz.pl, przeprowadziliśmy kolejne zbiórki krwi, zaangażowaliśmy do pomocy dziewczyny z reprezentacji, które przekazały na nasze akcje swoje koszulki.

Flagę z podobizną Agaty fan klub wręczył kapitan reprezentacji Milenie Rosner. Wisi ona na każdym meczu, także dziś Agata będzie spoglądać na mecz z Japonią. Zachęcam Was do odwiedzenia strony fan klubu, bo tak jak mówi Iza, nie zmarnujmy tego, co zostawiła po sobie Agata.

PS. Podłączam jeszcze raz fragment programu w Polsacie Sport, w którym Agata mówiła m.in. o igrzyskach.

WYJAŚNIENIE

Robiąc wpis o fladze z podobizną Agaty byłem święcie przekonany, że pomysłodawcą całego przedsięwzięcia była Iza Mrozińska. Okazuje się, że nie jest tak do końca. Jak napisała do mnie Iza, na pomysł zrobienia flagi wpadli kibice Ligi Siatkówki Kobiet, a konkretnie Ania Jóźwik i Justyna Serafin. Obie, podobnie jak pozostali fani, sympatyzują z fan klubem Agaty i dlatego w ten sposób chciały wyrazić pamięć Niej. Wszystkich zainteresowanych, którzy poczuli się dotknięci tą pomyłką, przepraszam. Poniżej załączam także wyjaśnienie Izy Mrozińskiej z jej strony internetowej.

Przemek troszeczkę przesadził... Owszem fanklubowicze postanowili zrobić flagę... ale pomysł wyszedł tak naprawdę od kibiców siatkarskich: Ziuty, Justin, Macki, Dominika, Arka i innych. Żeby więc nie było nieporozumień... to nie ja wpadłam na ten pomysł... Jednak jak się o tym dowiedziałam od razu pomysł mi się spodobał... No może było parę szczegółów do przedyskutowania...Milena Rosner obiecała po GP we Wrocławiu zabrać flagę do Pekinu... jak widać słowa dotrzymała...

12:42, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 sierpnia 2008

Po moim poniedziałkowym wpisie po meczu z Chinkami rozpętała się burza - zarówno w wypowiedziach internautów jak i w mailach, którymi zostałem zasypany. Pozwalam więc sobie odnieść się do części z tych opinii.

Marco Bonitta

Ciągle utrzymuję, że trener Marco Bonitta nie pomaga drużynie, nie reaguje w porę, z rzadka sięgając po rezerwowe. Jako przykład podałem niefortunnego czwartego seta z Chinkami, kiedy to Polki prowadząc 22:20, poległy. Zgadzam się, należało sypnąć kolejnymi przykładami z tego spotkania, już zabierałem się do kolejnego wpisu na ten temat, kiedy to argumenty podsunął sam Bonitta. W rozmowie z Rafałem Stecem (część cytatów Rafał wykorzystał w relacji z meczu) przyznał, że popełnia błędy opieszale rotując składem.

Wbrew temu, co przeczytałem w Waszych wpisach i mailach, nie ulegam narodowej histerii, nie suszę głowy siatkarkom - w końcu przegrały z trzykrotnymi z rzędu mistrzami olimpijskimi (Kuba, 1992, 1996, 2000) i aktualnymi złotymi medalistkami (Chiny, 2004). Nie oceniam występów polskich siatkarek w myśl zasady „albo czarne albo białe”, ubolewam jednak, że nie wykorzystały wielkiej szansy, by awansować do ćwierćfinału z trzeciego miejsca, by wzmocnić morale pokonując tak znamienitych rywali i nie sprowadzać potyczki z Japonią do celu ostatecznego na igrzyskach w Pekinie.

Nie czynię z Bonitty głównego winowajcy tych porażek, ale śmiem twierdzić, że istotnie się do nich przyczynił. Wiem też, co na ten temat sądzą same siatkarki (także te, które go bardzo lubią), z którymi mam kontakt, i to daje mi dość solidne podstawy, by wysunąć takie zarzuty pod adresem Włocha.

Pytacie mnie, czemu pałam nienawiścią do Bonitty. Otóż lubię Bonittę, często z nim rozmawiam, wymieniam sms, ale równie często go nie rozumiem i mówię mu o tym wprost. Nie rozumiem jego decyzji podczas meczów, jak i tych pozaboiskowych. Nie mogę pojąć, jak trener może powiedzieć przed spotkaniem, że liczy się dla niego wynik dopiero następnego spotkania. Jak trener w przededniu spotkania z Japonią może wypalić do dziennikarzy, że „Anny Barańskiej nie da się oglądać” (niestety, zabliźniająca się rana po wydarzeniach w Szczyrku znów została rozdrapana), etc.

Bonitta reaguje emocjonalnie, jest raptusem, który później żałuje swoich słów i decyzji. Niestety, przenosi się to na zespół rozbijając go na nowo. Zastanawia mnie, co stało się od stycznia, bo przecież wtedy atmosfera w drużynie była bliska ideału, a relacje na linii trener-siatkarki niemal wzorowe. Kto zalazł za skórę Bonitcie i czym, że trener reaguje teraz tak nerwowo i nieprzewidywalnie. Teorii i plotek na ten temat jest wiele i żadnej z nich przetwarzał nie będę. Mam tylko nadzieję, że Bonitta znów (tak jak po wyrzuceniu trzech siatkarek ze zgrupowania w Szczyrku) w porę się opamięta. Że igrzyska w Pekinie nie będą imprezą, po której będziemy jedynie wspominać włoskiego selekcjonera i to tylko w kontekście jego kolejnych „wyskoków”.

W środę mecz z Japonkami. Wierzę, choć do pełnego przekonania mi daleko, że Polki wygrają, zapewniając sobie ćwierćfinał (spotkanie z Wenezuelą traktuję jak formalność). Mam też cichą nadzieję, że uda się również „ugryźć” Amerykanki, a wtedy awans do ćwierćfinału i potyczka z rywalem, których niejednokrotnie biało-czerwone pokonywały. A później... Lepiej nie zapeszać.

13:31, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Tak, tak, Chinki to mistrzynie olimpijskie, zespół, któremu pomagają tysiące kibiców, ściany, sędziowie, etc., a siatkówka kobiet - z naciskiem na KOBIET - to sport wyjęty spod jakichkolwiek reguł, gdzie nigdy niczego nie sposób przewidzieć. I właśnie w takich okolicznościach wszyscy z ekipy, zwłaszcza trener, muszą pomóc drużynie. Marco Bonitta nie pomaga drużynie już w drugim meczu turnieju olimpijskiego. Po meczu z Kubankami napisałem, że spotkanie nie przegrały siatkarki, a Bonitta. Nie wiem, jak ułożyłyby się losy tie breaka, ale właśnie przez Bonittę do niego nie doszło. Odwołam się tylko do ostatniego seta. Polki prowadzą 22:20, następnie tracą cztery punkty z rzędu, a jedyną reakcją selekcjonera było wzięcie czasu. Pytam zatem: po co Bonitta zabierał do Chin aż 12 siatkarek, skoro ich nie wykorzystuje? Czemu po kilku nieudanych wystawach Mileny Sadurek Bonitta nie daje szansy Katarzynie Skorupie? Itp, itd.

Po dwóch meczach Polki są bez zwycięstwa. W myśl teorii Bonitty przed nimi kluczowe spotkanie - z Japonią. Może wtedy Włoch, który od początku turnieju czeka tylko na tę potyczkę, zacznie w końcu reagować i nie będzie kurczowo trzymał się taktyki, którą obrał przed spotkaniem. Inaczej zamiast świętować sukcesy na pierwszych po 40 latach igrzyskach siatkarek znów będziemy z nadzieją wypatrywa następnej imprezy.

16:05, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco