Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
czwartek, 12 czerwca 2008

Z genialnej atmosfery zostały tylko kwaśne miny, zamęt i mnóstwo niedopowiedzeń. Jeśli trener Marco Bonitta się nie opamięta, skończy jak we Włoszech, gdzie zbuntowana drużyna odmówiła mu współpracy.

Marco Bonitta

Do igrzysk już tylko 56 dni. Tymczasem dwukrotne mistrzynie Europy, zamiast przygotowywać się do walki w Pekinie, nie mogą dojść do ładu z trenerem, który zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak. Trzy wyrzucone przez Bonittę z błahego powodu zawodniczki wróciły na zgrupowanie, ale zrobiły to tylko dlatego, że działacze PZPS zagrozili im odebraniem licencji. Czy tak powinien wyglądać zespół, który miał zdobywać olimpijskie medale?
Pod koniec 2006 roku wydawało się, że nic gorszego już reprezentacji nie spotka. Odeszła największa gwiazda Małgorzata Glinka, bo miała dość trenera Andrzeja Niemczyka, który pogrążał drużynę w chaosie. Gdy twórca największych sukcesów w polskim sporcie zrezygnował, lekarstwem na zgliszcza, jakie zostały po Złotkach, miał być zagraniczny trener. Fachowiec z czystą głową, wolny od wszelkich koterii, jakie spowijają polską siatkówkę. Padło na Bonittę, choć wiadomo było, że to człowiek niełatwy, którego praca z Włoszkami zakończyła się buntem siatkarek, mimo że zdobył z nimi mistrzostwo świata.
Pierwsze ruchy Bonitty potwierdziły obawy. Szkoleniowiec wprowadził pruski dryl. Zastraszone siatkarki bały się rozmawiać o kadrze nawet z klubowymi trenerami, nie mówiąc o dziennikarzach. Kolejne ruchy Włocha kazały widzieć w nim bezkompromisowego tyrana, a nie człowieka zdolnego podnieść upadłe morale reprezentacji. Następne decyzje - jak odsunięcie Izabeli Bełcik, później menedżera Marka Brandta, a na koniec symbol kadry Dorotę Świeniewicz - choć w konsekwencji, jak pokazał turniej w Halle, wyszły kadrze na dobre, też potwierdzały, że Bonitta ma skłonności do drastycznych decyzji.
Wszystko zmieniło się w styczniu, gdy Bonitta złożył deklarację: Dziewczyny chcą teraz stać blisko mnie, a ja blisko nich. Zmieniły się, bo zobaczyły, że ja się zmieniłem. One już nie chciały trenera, który ma do nich dystans. Teraz nie jestem tak chłodny wobec nich. Zresztą tak samo dla całego środowiska siatkówki w Polsce. Chcę być lepiej rozumiany, wybrałem trochę inną drogę w waszym kraju.
Siatkarki to kupiły. Pojechały na olimpijski turniej kwalifikacyjny do Halle i mimo porażki w finale z Rosjankami mówiły najzupełniej szczerze, że teraz każda za każdą pójdzie w ogień. - Atmosfera jest naprawdę bardzo dobra. Na boisku i poza nim. To zasługa tyleż trenera Bonitty, co nasza. Potrafimy się dogadać, nie ma nikogo, kto wprowadzałby złą chemię. Jesteśmy razem, jeśli to utrzymamy, zajdziemy daleko - mówiła Anna Barańska.
Ta sama siatkarka w poniedziałek została wyrzucona z kadry razem z Katarzyną Skowrońską i Katarzyną Skorupą. Za co? Za nieobecność na poniedziałkowej kolacji! W środę wróciła na zgrupowanie, ale w „Przeglądzie Sportowym" mówiła: - Nigdy bym się nie spodziewała, że zostanę potraktowana w ten sposób. To nie jest skarcenie, powiedzenie paru gorzkich słów, tylko wyrzucenie ze zgrupowania. A przecież wina nie leżała po naszej stronie. Czuję żal, trudno będzie zapomnieć.
Nikt nie wie, jakie były powody nerwowej decyzji Bonitty. Przecież nieporozumienie - siatkarki umawiały się na późniejszy powrót z menedżerem kadry Maciejem Tietiańcem - można było rozwiązać w kilka chwil. Jest jednak tajemnicą poliszynela, że trener nie przepada za wspomnianą trójką. Nawet jeśli tak jest, to na osiem tygodni przed igrzyskami, powinien to skrzętnie ukrywać, a nie robić cyrk na całą Polskę. Czy w poniedziałkowy wieczór pomyślał kim zastąpić trzy wyrzucone siatkarki, które przecież w komplecie mogłyby grać w podstawowej szóstce? Czy lekką ręką z byle powodu skazałby siebie na olimpijską klęskę?
Bonitta, który jeszcze nie tak dawno zapewniał jak bardzo chce powtórzyć sukces siatkarek sprzed 40 lat, strzela sobie w stopę. Reprezentacji nie pomaga także Polski Związek Piłki Siatkowej. Najpierw nie potrafił zatrzymać najlepszego w historii kadry menedżera, znającego wiele języków, człowieka wielkiej kultury Huberta Tomaszewskiego, a później wiceprezesi Bogusław Adamski i Waldemar Wspaniały wcisnęli Bonitcie swojego kandydata, Macieja Tietiańca, który nie mówi ani po włosku, ani po angielsku. Bonitta, mimo że PZPS oświadczył, że konflikt już zażegnano, nie toleruje Tietiańca i na łamach gazet mówi wprost: „Nie nadaje się, by samodzielnie pełnić funkcję menedżera".
Atmosfera w Szczyrku, gdzie trenuje teraz kadra, jest wisielcza. Tak jak przed laty w reprezentacji Włoch, która podzielona zbuntowała się przeciwko Bonitcie. Może jeszcze nie jest za późno, by trener się opamiętał i poszedł po rozum do głowy.

17:32, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (2) »
środa, 11 czerwca 2008

W moim prywatnym rankingu hymnów finalistów Euro 2008 zdecydowanie na czoło wysuwa się pieśń narodowa Portugalczyków i Włochów. Kilka minut temu obejrzałem jak wykonali ją Ronaldo i spółka. Natychmiast przypomniał mi się Puchar Świata w rugby, w którym Portugalczycy wystąpili po raz pierwszy w historii, i to jak oni odśpiewali hymn. Już szukałem w You Tubie oby wersji, tymczasem wyręczył mnie jeden z internautów, który porównał obie wersje. Które wykonanie Wam bardziej się podoba?



18:20, iwanczyk_gw_sport.pl , O rugby
Link Komentarze (7) »
Śmierć Agaty Mróz miała uświadomić ludziom, jak istotny jest problem dawców krwi i szpiku kostnego. Stała się karmą dla dziennikarzy.

Nie zdziwiłem się szczególnie, kiedy przez serwisy internetowe przelał się w poniedziałek temat możliwej beatyfikacji Agaty Mróz. Brzmiało wiarygodnie, tym bardziej że „twarzą" do tej informacji stał się ks. Adam Boniecki. Po lekturze wtorkowych gazet nie mam wątpliwości, że wyniesienie Agaty na ołtarze to nie apel kibiców i ludzi, których poruszyła historia Agaty, tylko efekt burzy mózgów na redakcyjnych kolegiach.

Wtorkowa „Polska" znów zamieściła wypowiedź ks. Bonieckiego. Szalenie istotne jest pierwsze zdanie w wypowiedzi księdza, w prawdziwość którego szczerze wątpię, ale które zdradza intencje nagabującego reportera bądź nadredaktora. Ksiądz tak zaczyna swoją wypowiedź: „Polska" jako pierwsza spytała mnie, czy beatyfikacja Agaty Mróz wchodzi w grę...

Dalej w tekście proboszcz tarnowskiej parafii Agaty - pewnie ku zdziwieniu dziennikarza - nie chce wypowiadać się na temat świętości Agaty. Podobnie rodzina.

„Rzeczpospolita" idzie dalej i pyta ks. Stefana Moszoro-Dąbrowskiego: „A czy to, że Agata Mróz wzięła udział w rozbieranej sesji dla męskiego magazynu, może ją zdyskwalifikować?"...

W inną stronę poszedł jedynie „Tygodnik Powszechny". Wspominając Agatę autor artykułu Artur Sporniak przypomina historię Anny Radosz, która dowiedziała się o chorobie nowotworowej będąc w szóstym miesiącu ciąży. Nie chcąc ryzykować zdrowia dziecka, nie zdecydowała się na chemioterapię. Zmarła pół roku po porodzie. Wtedy też łamy gazet i internetu zalały rozważania, czy bohaterskiej matki nie powinno się wynieść na ołtarze. Znów na tej samej zasadzie. „Moja siostra była mądrą, dobrą i kochającą dziewczyną. Ale całkiem zwyczajną, nie czuła się wyjątkowa. I taką chcę ją pamiętać - mówił wówczas jej brat.

Nie wiem, czy beatyfikacja Agaty stanie się faktem, czy tylko tematem, który jest jeszcze chwytliwy i warto go przerzucić przez szpalty. Wiem za to, co na ten temat mówiła Agata, co teraz mówi jej mąż. Nie chciała, by ani jej choroba, ani narodziny dziecka stały się spektaklem. Pisano o niej i mówiono wiele, ale ani Agata, ani jej rodzina o to nie zabiegała.

Czytając to wszystko, przypomniała mi się jeszcze jedna z ostatnich rozmów z Agatą. Kiedy narzekała, że lekarze muszą zaklejać okna jej izolatki we wrocławskim szpitalu, bo każdy chce wejść i zrobić zdjęcie.

Nie chcę występować w roli adwokata męża Agaty, którego wystąpienie na konferencji kilka godzin po śmierci żony wywołało ambiwalentne odczucia. Zrobił to, bo chciał poprosić o spokój dla rodziny. Zrobił to, bo w środę rano, kiedy Agata jeszcze żyła, po kraju zaczęły krążyć sms-owe informacje o jej śmierci.

Najlepsze, co można teraz zrobić, to dać Agacie spokój. Zająć się tym, czym chciała Agata po przeszczepie - problemem dawców krwi i szpiku kostnego.

14:54, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 czerwca 2008

Nie znam drugiej takiej osoby, która z uśmiechem na ustach przyjmowałaby i sukcesy, i porażki. Gdyby przyszło mi opisać Agatę w dwóch słowach, najpierw powiedziałbym „dobry człowiek", a dopiero później „wspaniały sportowiec".

Dlatego nie chcę pisać o dwóch złotych medalach Agaty w mistrzostwach Europy, Jej licznych sukcesach w klubach - czy to w Bielsku-Białej, czy hiszpańskiej Murcii. Wiem, że nie było to dla Niej najistotniejsze.

Trudno mi zacząć ten tekst, bo nigdy nie wierzyłem, że będę musiał go napisać. Nawet kiedy Agata słabiutkim głosem mówiła mi, że oddzwoni później, bo teraz nie ma siły. Z Agatą poszłoby mi o wiele łatwiej. Tak jak całkiem niedawno, kiedy łączyliśmy się przez internetowy komunikator. Pisząc albo opowiadając sobie różne rzeczy przygotowywałem z Nią wywiad. Trwało to godzinami, bo zwykle odbiegaliśmy od tematu.
Już po kilku tygodniach znajomości zaczęliśmy się zastanawiać, czemu wcześniej - mimo wielu sposobności - nigdy nie rozmawialiśmy. Powiedziałem Agacie wprost: myślałem, że jesteś gwiazdką, która miewa kaprysy. Ona denerwowała się na to, wskazując od razu tysiąc innych ważniejszych od siatkówki i sławy rzeczy.
Rozmawialiśmy coraz częściej, ale siatkówki prawie w ogóle nie tykaliśmy. Agata opowiadała mi o swoich marzeniach: najpierw o małżeństwie, później o dziecku, domku na wzgórzu pod Tarnowem, starym volkswagenie garbusie w wersji cabrio. Pojawiał się też temat przeszczepu, o którym też Agata myślała. „Żeby już nie łazić codziennie na pobranie krwi, żeby mnie przestali kłuć, żebym mogła jak normalny człowiek wziąć tabletkę przeciwbólową, kiedy boli mnie głowa" - mówiąc to Agata smutniała, ale zaraz dodawała: „Przecież inni ludzie mają większe problemy, prawda"...
Mnie z kolei stawiała do pionu. „Przestań narzekać" - słyszałem od Agaty niemal codziennie. I zawsze na koniec każdej rozmowy dodawała „Uważaj na siebie".
Bo mimo swojej choroby Agata zawsze myślała o innych. - Trzymajcie za mnie kciuki, ale przede wszystkim za dziewczyny, które walczą w Japonii o igrzyska. Już powiedziałam mojej przyjaciółce Gośce Glince, że bez awansu ma do Polski nie przyjeżdżać - mówiła w telefonicznej rozmowie w telewizji Polsat dzień przed przeszczepem szpiku kostnego, który miał spowodować odwrót choroby.
Poza anteną od razu przysłała SMS-a, w którym przesłała nam pozdrowienia. I cieszyła się, że trener Andrzej Niemczyk, którą ja odkrył, a sam wcześniej poważnie chorował, wygląda tak dobrze.
Kilka minut później do Agaty zadzwoniły z Tokio polskie siatkarki. Włączyły zestaw głośnomówiący i chichrały się do słuchawki przez kilka minut. Na koniec wszystkie zaśpiewały Jej „Sto lat" i obiecały sobie, że spotkają się po igrzyskach, bo jak nie awansują, to Agata wszystkim nakopie do tyłków.
Siatkarki na igrzyska awansowały, ale się nie spotkały. Na środowym porannym treningu na zgrupowaniu w Szczyrku dotarła do nich wiadomość o śmierci Agaty.

Agata, jak mało który sportowiec ze światowego topu, nie patrzyła tylko na czubek własnego nosa. Kiedy w Murcii, gdzie grała jeszcze przed rokiem, wolontariusze poprosili ją, by odwiedziła chorego chłopca, rzuciła wszystko i pobiegła z workiem zabawek. Zresztą pamiętała o każdym - wracając z zagranicy zawsze miała dla każdego jakiś drobiazg.
A najbardziej kochała dzieci. W internetowych rozmowach z Hiszpanii zawsze prosiła, by włączać kamerę i pokazywać Jej swoje pociechy. - Zobaczysz, ja też będę miała swój skarb. Lilianę albo Szymona - mówiła mi, nawet kiedy wyniki badań były kiepskie, a lekarze odradzali ciążę.
Ale Agata była uparta. Zdecydowała się z mężem na dziecko, zaplanowała wszystko w szczegółach. Pamiętam dzień, kiedy zadzwoniła i rzuciła radośnie: Udało się!
To była wielka tajemnica. Agata nie chciała zapeszać, dlatego do ostatniej chwili nic nikomu nie mówiła. Pamiętam, kiedy w listopadzie w studiu Polsatu, gdzie wspólnie z Gosią Niemczyk i Ewą Kowalkowską komentowaliśmy mecze Polek w Pucharze Świata, Agata co chwila odwracała się, poprawiała długi wyciągnięty sweter i zastanawiała się, czy aby nikt nie zauważył powiększającego się brzucha. Wybuchnęliśmy śmiechem, kiedy zupełnie nieświadomy niczego Andrzej Niemczyk podszedł do Agaty i rzucił: - Tak pięknie wyglądasz, chyba jesteś w ciąży.
Agata szybko zmieniła temat i siedząc obok wysłała mi SMS-a, jak to dobrze, że sprawa się nie rypła.

Liliana urodziła się zdrowa, Agata włożyła w córeczkę całe serce i zdrowie. Właściwie od grudnia non stop leżała w szpitalach, z pokorą znosiła kolejne infekcje i zabiegi. Los nie oszczędził Jej nawet w sylwestrową noc, kiedy zamiast wznosić toast leżała na sali operacyjnej.
Choć czasem mówiła, że ma dość, nigdy się nie załamywała. Zresztą nie lubiła obarczać nikogo swoimi problemami. Pamiętam, jak po jednym z wielu badań targały Agatą duże wątpliwości - czy powiedzieć mamie, że sprawa jest poważna, czy nie: „Ona zawsze przeżywa. Powiem tacie, a on zatrzyma wszystko w tajemnicy".
Kiedy odwiedzałem Agatę w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii oprowadzała mnie po oddziale i pokazywała swoich znajomych. Część z nich po przeszczepie, część dopiero przed. Byli też tacy, których widziałem tylko raz. „Tej pani, która leżała obok mnie już nie ma" - mówiła Agata i wtedy wyraźnie smutniała. Nigdy jednak nie zobaczyłem w Jej oczach przerażenia, nawet kiedy mówiła, że przeszczepy przyjmują się w stosunku sześć na dziesięć. Nigdy nie przeszło mi przez głowę zapytać, co będzie, jeśli się nie przyjmie, bo Agata zaraz dodawała: „Jak nie wyjdzie, trzeba zrobić kolejny, choć wtedy może być już kiepsko"...

Agata, nawet kiedy z powodu słabych wyników krwi, nie czuła się najlepiej, do każdego się uśmiechała. Kiedy wpadała do redakcji „Gazety Wyborczej" na kawę, wszystkich pozdrawiała, a koledzy z innych działów wypytywali: „Kiedy znów przyjdzie Agata"?
Mimo że ciągle była zabiegana - między kolejnymi badaniami, remontem w domu (zawsze chwaliła się jak sama wyłożyła mężowi kuchnię kafelkami), przygotowaniami do ślubu, załatwianiem formalności, wizytą u dentysty, spotkaniem ze znajomymi - pamiętała o każdej złożonej obietnicy. O zdjęciu z autografem dla kibica, o wizycie w telewizyjnym studiu, o spotkaniu z uczniami szkoły w rodzinnym Tarnowie. O jednym tylko starała się nie pamiętać - o tym, że jest poważnie chora. A kiedy już o tym wspominała, obracała wszystko w żart. „Wiesz co, jechałam karetką z jednego szpitala do drugiego. Włączyli koguty i sygnały, wieźli mnie przez całą Warszawę jak królową"...

Zaraz po przeszczepie Agata nie mówiła o niczym innym tylko o córeczce. I kilka chwil po każdej rozmowie wysyłała MMS-a z najnowszym zdjęciem Liliany.
„Niezła z niej laska, co..." - pisała pod spodem. „Po mamusi"...
Ostatni raz rozmawialiśmy kilka dni przed fatalnym poniedziałkiem, kiedy Agatę dopadł kryzys. Była pogodna, zupełnie jakby nic się nie działo. Żartowała, że jest z Nią mama, ale nie wiadomo, kto tu jest chory. - Ma ze mną jak w kurorcie SPA, Zamiast ona mnie, to ja ją obsługuję. Tu śniadanko, tu drzemka, tu kocyk.
W kolejnej minucie rozmowy rzuciła nagle: - Wiesz co, muszę kończyć, zdzwonimy się, pa...
Nie zdzwoniliśmy się...

Pierwsza co przyszło mi do głowy po otrzymaniu informacji o śmierci Agaty, to Jej opowieść o chłopcu, który pomyślnie przeszedł przeszczep szpiku kostnego i czekał w Instytucie Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie na rutynowe badania. Opowiadała mi, że po wyjściu ze szpitala chce tak jak on obchodzić urodziny dwa razy do roku - 7 kwietnia, kiedy się rzeczywiście przyszła na świat, i 22 maja, kiedy przeszczepiono jej szpik.
Agatko, na pewno będziemy pamiętać o Twoich jubileuszach...
Przemysław Iwańczyk

* tekst ten ukaże się w specjalnym dodatku do czerwcowego magazynu Super Volley

13:59, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (38) »
niedziela, 01 czerwca 2008

Polscy siatkarze wygrali dwa mecze olimpijskich kwalifikacji w Espinho, a i tak o wszystkim zdecyduje ostatni, niedzielny mecz z Portugalią. Kto wygrywa, gra w Pekinie.

To właśnie niesprawiedliwość olimpijskich kwalifikacji. W tym samym czasie w Tokio rozgrywany jest interkontynentlany z udziałem ośmiu zespołów, skąd awans uzyskają dwie drużyny (zwycięzca plus najlepsza azjatycka). Od soboty grają tam: Włochy, Japonia, Australia, Argentyna, Korea, Iran, Algiera i Tajlandia. Każdy mierzy się z każdym i nie ma wątpliwości, że awans uzyskają rzeczywiście najlepsze zespoły, a nie ten, któremu wyjdzie jeden mecz (jak dziś w Espinho).

Podsumowując, Włosi, którzy są zdecydowanym faworytem w Tokio (choć w sobotę srodze namęczyli się z gospodarzami), pewniej i bez ryzyka, że nie wyjdzie im jeden mecz, zdobędą bilety do Pekinu. W przypadku Polaków około dwugodzinny pojedynek z Portugalią przesądzi o ich przyszłości. 

Na koniec o badmintonistach z Indonezji, o których pisze Rafał Stec. Z pokazywanego w Polsacie Sport turnieju w Tokio miałem przyjemność komentować z Tomaszem Wójtowiczem mecz Australia - Tajlandia. Wyczyny Indonezyjczyków w porównaniu z Tajlandczykami to betka. Ubawiliśmy się z Tomkiem po pachy, kiedy miarą nieudanego zagrania Azjatów były uśmiechy na twarzy. Im większa pomyłka, tym szerzej pokazywali zęby. Czekamy z niecierpliwością na spotkanie Tajlandia - Iran. Tam też mogą być siatkarskie jaja.

Na blogu Rafała jego czytelników wyraźnie zainspirował Portorykańczyk, który wygląda, jakby pochłaniał nieziemskie ilości pocornu. Mało siatkarsko wyglądają również Tajlandczycy:

Siatkarze z Tajlandii 

Najszczerzej uśmiecha się czwarty z prawej w dolnym rzędzie. Nazywa się Sripon Theerayut, mierzy 174 cm i wcale nie gra jako libero. A najtrudniejsze to wymówienia nazwisko nosi trener - Monchai Supajirakul. Polskim logopedom polecam tajlandzkiego selekcjonera jako jedno z ćwiczeń dla pacjentów.

11:54, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco