Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
poniedziałek, 30 maja 2011

O decyzji działaczy Legii, którzy pozostawili na stanowisku Macieja Skorżę, napisano sporo w Sport.pl. Ponieważ prowadziłem Magazyn Ekstraklasy po ostatniej kolejce, załączam go, zwracając szczególną uwagę na dyskusję o Legii.



08:11, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (5) »
sobota, 28 maja 2011

Jakże symboliczne wydaje się teraz odsłonięcie gwiazdy Agaty Mróz w Alei Sław w Miliczu. Było to w ubiegły piątek, w dniu, w którym dotarła do Polski informacja o ataku serca Małgorzaty Dydek. Historia obu ma mnóstwo analogii - odchodzą podziwiane w świecie sportsmenki, prywatnie żony i matki. Historia obu pozostawia też pytanie: na ile ich choroba, a w rezultacie śmierć, była konsekwencją uprawianego na najwyższym poziomie sportu, a na ile najwyższą ceną za upragnione macierzyństwo.

Nasza siatkarska gwiazda zmarła trzy lata temu po przeszczepie szpiku kostnego. Kilka tygodni wcześniej urodziła córkę, a przez wiele lat zmagała się z chorobą krwi, która przerwała jej karierę na kilka lat. Mimo to Agata Mróz sięgnęła po dwa złote medale mistrzostw Europy, była jedną z najlepszych na świecie środkowych bloku.

Rozmawiałem wczoraj z kardiologiem, który wypowiadał się w Sport.pl na choroby Małgorzaty Dydek. Pytał, co z naszą koszykarką, bo szukał informacji na temat jej zdrowia, ale niczego nie znalazł. Przestrzegał, by zbyt pochopnie nie zrzucać winy za to nieszczęście tylko na sport, bo przecież Małgorzata Dydek przestała uprawiać go na najwyższym poziomie lat temu kilka, a wada serca jest przypadkiem zdarzającym się i u ludzi, którzy sportu w życiu nie tknęli.

Może tak, może nie, ale nie ma wyczynu na poziomie mistrzowskim bez konsekwencji, o czym mówią wszyscy, którzy na poziom ten weszli. Agata Mróz, a teraz Małgorzata Dydek zapisują jednak zupełnie inny rozdział - z poruszającą historią, z rodziną, która pozostała po ich śmierci, wreszcie z macierzyństwem i dziećmi, które w przypadku siatkarki udało się uratować, a w przypadku Małgorzaty Dydek odeszło razem z matką. Historie te, na pozór bez związku z sobą, mają tak samo tragiczne zakończenie, rodzą podobne refleksje i choć na chwilę pozwalają nam spojrzeć na sportowców jak na ludzi, a nie tylko rozliczanych z wyników herosów światowych aren. 



01:00, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 maja 2011

Pierwszym rywalem Polaków będą mistrzowie olimpijscy, Amerykanie. Niezwykle rzadko zdarza się, by w przededniu meczu polskich siatkarzy w Lidze Światowej nie zostały sprzedane wszystkie bilety. - Nie ma powodów do paniki, nic się nie stanie, jeśli będą wolne miejsca - mówi Wojciech Drzyzga, ekspert Polsatu i Sport.pl w Magazynie Siatkarskim.

Selekcjoner reprezentacji Polski wytypował już skład na mecze LŚ. - Włoch nie lubi rotować kadrą, więc tak będą grali cały czas. Widać, że selekcjoner został obarczony odpowiedzialnością za wyniki, mimo że mamy pewny udział w finale, on chce wystąpić w optymalnym spotkaniu w każdym składzie - uważa Drzyzga i zastanawia się jak czują się atakujący, których trener zastąpił przyjmującym Zbigniewem Bartmanem. - Są jak bramkarz w futbolu, który usiadł na ławce kosztem obrońcy - mówi.

- Przed nami obfity sezon, każda impreza jest ważna, drużyna nie może przyzwyczaić się do przegrywania, jak to miało miejsce w poprzednim sezonie. Czuć zniecierpliwienie u wszystkich, więc sukcesem będzie wejście do czwórki Ligi Światowej. W mistrzostwach Europy zagramy bez presji, mimo że broni złota. Puchar Świata jest z kolei imprezą, na którą musimy zebrać wszystkie siły - kończy Drzyzga.

 

 

16:26, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (1) »
środa, 18 maja 2011

- Wreszcie możemy mówić o transferowych konkretach. Będzie ich coraz więcej, bo w siatkówce jeden pociąga za sobą kolejny. Resovia, która wzięła Tichacka, Bojicia, Nowakowskiego i Dobrowolskiego, robi wszystko, by się wzmocnić i dorównać Skrze. Bełchatowianie z kolei pozbyli się Novotnego, który nie spełnił oczekiwań, i Antigi, wzięli za to Cupkovicia - mówi Wojciech Drzyzga, ekspert Polsatu i Sport.pl, w Magazynie Siatkarskim. - Antiga, którego nie chce Skra, jest łakomym kąskiem dla wszystkich pozostałych klubów. Jeśli odpocznie, bo zrezygnował z gry w kadrze, i wzmocni np. ZAKS-ę, bo naturalnie pasuje do tego zespołu, da nowej drużynie więcej niż tylko wsparcie na boisko. Wszystkie puzzle układają się idealnie, by Francuz przeszedł do Kędzierzyna-Koźla - uważa Drzyzga. Za tydzień reprezentacja Polski rozpocznie batalię w Lidze Światowej. Nasz ekspert przymierza się do wytypowania składu na pierwsze potyczki. Czy Andrea Anastasi postąpi podobnie?

 

 

 



12:05, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 maja 2011

Czego potrzeba, by w polskiej lidze bić się o mistrzostwo Polski? Wcale nie wybitnych piłkarzy, a posłuchu, konsekwencji, dobrze przepracowanej zimy, żelaznej taktyki i - jak pokazuje historia - trenera Oresta Lenczyka.

Można było podejrzewać, że wicemistrzostwo Polski w Bełchatowie to fart, w dodatku w sezonie, w którym Wisła nie załapała się nawet na podium. Awans do ekstraklasy z Zagłębiem Lubin też można brać za powinność, patrząc na możliwości sportowo-finansowe, jakimi drużyna spod szyldu KGHM przebijała drugoligowych rywali. Można również uznać, że utrzymanie Cracovii w poprzednim sezonie to żadne mecyje, ale niedawna historia Rafała Ulatowskiego pokazała, że nie każdy może pracować tam z powodzeniem.

Zahaczam tylko o trzy ostatnie miejsca pracy Lenczyka przed Śląskiem, ale można by sięgnąć dalej, bo 68-letni szkoleniowiec nie schodzi z trenerskiego rynku od kilku dekad, a jeśli już rzucał zawód, to na chwilę, nigdy nie dłużej niż na trzy lata. Mimo różnych klubów i ich aspiracji okoliczności zawsze były podobne: drużyna w kryzysie, zwolniony trener, Lenczyk na ratownika.

Była siódma kolejka, kiedy wrocławski okręt - jak pisze Michał Karbowiak - zaczął nabierać wody. Na jego czele stanął Lenczyk i z drużyny, która miała za cel utrzymanie (była w strefie spadkowej ze zwycięstwem, remisem i pięcioma porażkami), zrobił - kto wie - być może nawet wicemistrza Polski.

W mizerii, jaka w tym sezonie nie zdołała wyłonić między sobą godnego Wisły pościgowca, Śląsk wydaje się być drużyną najbardziej przewidywalną. Poza przegraną z Koroną - i to nie do końca zasłużoną - wrocławianie nie zaliczyli żadnej wtopy. Nie grali pięknie, bo i piłkarzy nie mają wcale wybitnych, w dodatku co rusz trzebiły ich kontuzje, zwłaszcza napastników. Byli jednak konsekwentni, poukładani taktycznie, są świetnie przygotowani fizycznie do wiosny. Krótko mówiąc Lenczyk dokonał tego, co nie udało się np. Maciejowi Skorży, którego Legia nie gra ani ładnie, ani skutecznie, mimo wielkich możliwości finansowych i organizacyjnych.

Dla środowiska Lenczyk nie jest łatwy, ale przynajmniej nie udaje. Nawet kiedy nie godzi się zasiąść przy jednym stole z innym trenerem, który zaplątał się w korupcyjne sieci, nawet kiedy strofuje kolegę po fachu, by nie mówił do niego po imieniu, nawet kiedy widziwia i plecie trzy po trzy, zawsze jest sobą - taki jego styl i koniec. Tak jak w robocie, tak i poza nią, wydaje się być fachmanem, nie sztukmistrzem.

Sądzę, że dzięki niemu Śląsk po wicemistrzostwo jednak sięgnie. Sądzę również, że przy kolejnych niepowodzeniach kadry, być może komuś w PZPN przyjdzie do głowy pomyśleć o Lenczyku jako kapitanie innej niż Śląsk jednostki, czyli reprezentacji. Przyznam, że bez zawahania uwierzyłem w tytułowe pytanie blogowej notki Romana Kołtonia „Orest Lenczyk - przyszły selekcjoner?”. Po prostu wydało mi się to jak najbardziej realne, sądziłem nawet, że podjęto już jakieś rozmowy.

* * *

Mimo kolejnej dziwnej serii meczów ligowych (decyzją wojewodów na dwóch stadionach zabrakło kibiców), ktoś, kto chciał spędzić weekend z piłką, na pewno się nie zawiódł. Mecze Śląska z Bełchatowem oraz Wisły z Cracovią były naprawdę niezłe, a do tego kibice z Dortmundu pokazali, jak można fetować mistrzostwo z drużyną na boisku bez żadnych zadym. Ciekawie było też na stadionie Legii, mimo że ta w weekend u siebie nie grała. Dałem się namówić synowi na noc muzeów przy Łazienkowskiej i wcale nie żałowałem. Byliśmy przed północą, a tam tłumy. Zdjęcia ze zdobytym Pucharem Polski robiły sobie całe rodziny, film o Kazimierzu Deynie z rozdziawioną buzią oglądało kilkunastu nastolatków, a do kas w klubowym sklepie ustawiła się całkiem spora kolejka fanów gotowych zostawiać po kilkaset złotych. Obok otwarty był pub, w którym kibice pili piwo i to wcale niemało. Było spokojnie, normalnie, zupełnie jak Zachodzie. Pomysł władz Legii - rewelacyjny, szkoda tylko, że nie można było kupić biletów na najbliższy mecz.

01:26, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 maja 2011

Krystyna wygląda na ponad 40 lat. Nie biegnie, bo nie ma siły, ale od czasu do czasu przyspiesza krok. Miała przejść z nami 4 km, ale do wyznaczonej pętli nie dociera, zawraca do koleżanek, które półmetek mają już za sobą. Rok 2013 ma być najszczęśliwszym w jej życiu, bo wtedy zmieni miejsce pobytu. To, w którym spotkaliśmy ją dziś, zajmuje od dwóch lat. Za co?

- Za głowę.

Jak to za głowę? - dopytujemy.

- Zabiłam męża...

Fot: Rozgrzewka

Ewa, Karolina i Kasia wyglądają na najmłodsze. Widać, że na dzisiejszy poranek założyły najlepsze ciuchy - obcisłe dżinsy, modną koszulkę, białe wyprane adidasy. Wszystkie trzymają w ręku papierosy, Ewa wręcz je pokazuje. Może dlatego, że za złe zachowanie dostała dwumiesięczny zakaz kupowania tytoniu w kantynie. Nie wygląda na zachwyconą, bo jedna z jej najbliższych koleżanek niebawem wychodzi, jej zostało blisko dwa lata. Kasi też będzie trudno się rozstać, ale cieszy się, bo dzień wolności przypadnie na Dzień Matki. W domu czeka na nią sześcioletnia córka.

- Wracam do domu na weekend, a później zaraz do ośrodka. Mam kłopoty z narkotykami, miejsce, gdzie mają mnie wyleczyć, znalazła siostra zakonna, która przychodzi do nas do zakładu - opowiada Kasia, ale zaraz dodaje, czego się obawia. - Żeby nie dostać kolejnego zaocznego wyroku...

Jak to? - pytamy.

- Na przykład bez twojej wiedzy skazują cię za niezapłacenie grzywny. Nie masz z czego zapłacić, więc zamieniają ją na kolejne dni odsiadki. Mój termin wyjścia przesuwał się już dwa razy.

Rozmowie przysłuchuje się inna współosadzona. Jest od lutego, zostało jej kilkanaście miesięcy i nie wie, jak to zniesie. Narzeka też, że przywieźli ją aż z Krakowa, przez co nikt jej nie odwiedza, bo rodzina nie bardzo ma pieniądze na podróż. - W domu czekają dzieci i mąż. Kiedy rozmawiamy przez telefon, powtarza, żebym się otrząsnęła. Na wolności nigdy nie przeklinałam, teraz non-stop.

Fot: Słowa wsparcia Pawła Januszewskiego przed startem

Niby cały czas rozmawiamy, niby idziemy wolnym krokiem, bo poza faworytami żaden z uczestników nie ma ochoty mijać mety, a 4 km minęły w okamgnieniu. Docieramy wreszcie na finisz zrobiony z prześcieradła. Za nim zaczyna się codzienność - otwarte klapy [drzwi celi] od 8.30, zupa mleczna na śniadanie, całodzienna dieta na poziomie 2900 kalorii, no i współsąsiedzi. W sumie ponad 730 ludzi na działce o powierzchni 120 x 80 m.

Jest jeszcze Marlena, lokum na warszawskim Grochowie zajmuje od siedmiu lat i jeszcze trochę tu zostanie. Za co, nie chce mówić, ale z pewnością zobaczymy ją tu za rok. Przebiegła cały dystans, otarła się o podium.

* * *

Gdybym zaczął od tego, że razem z Pawłem Januszewskim, mistrzem Europy w biegu na 400 m przez płotki, ruszyliśmy się w weekend z akcją „Polska biega", mało kto pewnie przeczytałby więcej niż dwa akapity - takich jak my były dziś setki tysięcy. Fakt, że biegliśmy/szliśmy prawdopodobnie w najbardziej niezwykłym biegu z 614 zgłoszonych, piszę tę notkę z zapałem. Nie mniejszym niż 35 osadzonych z warszawskiego Grochowa, którzy przełamywali wczoraj kolejne swoje bariery.

Fot: Meta w bramie więzienia

Dla żyjących na co dzień na wolności, poubieranych w profesjonalny sprzęt Adidasa, Nike, Reeboka, czy Asicsa, z wypasionymi zegarkami mierzącymi puls, ćwiczących na co dzień w parkach, siłowniach, czy salach gimnastycznych, 4 km to betka. Dla biegnących z nami więźniów, pieczołowicie wyselekcjonowanych z kilkusetosobowej grupy, to wyzwanie godne maratonu. Pocą się, opuszczają ręce, wysiłek mocno rzeźbi ich twarz. Ich warunki treningowe to ponoć spacerniak o wymiarach 2 x 10 m. Chyba że ktoś ma ochotę popracować nad siłą. Janek (do końca wyroku kilkanaście miesięcy) najął się jako ogrodnik, wstaje codziennie o 4.30, stara się ładować jak najwięcej ziemi do taczki, by ciągnąć ją - nie pchając - wzmocnić nogi. Jurek z najdłuższym do odsiadki wyrokiem, pracuje jako hydraulik. Marcin liczy, że wyjdzie za kilka tygodni. Codziennie jako kucharz zmaga się z piekielnie ciężką garkuchnią na kółkach.

Trudno opisać radość ludzi, którzy choć na chwilę mogli przebiec się poza więziennymi murami. Fakt, byli pilnowani przez kilkunastu funkcjonariuszy, drogi, którymi biegliśmy, były zamknięte, ale dla nich - jak opowiadali - to namiastka wolności. Nawet jeśli krajobraz wokół to krzaki, linia kolejowa i trzy wolnostojące bloki. Wizyta ludzi z zewnątrz też była dla nich czymś niezwykłym, podobnie jak podium, nagrody za najlepszy czas, koszulki „Polska biega", czy wreszcie „pobiegowy" grill z kiełbasą i musztardą do woli.

Fot: Nagrody rozdane, pora na grill

- Są tu ludzie z rozmaitych środowisk i z rozmaitymi problemami. Nasz zakład ma charakter półotwarty - opowiada naczelnik więzienia. Oznacza to tyle, że w dzień cele są pootwierane, ale za spóźnienie na posiłek można dostać naganę i wtedy nici z przepustki.

- Zdarzy się ktoś z wyrokiem za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, są i tacy, co nie płacili podatków - dodaje jeden z wychowawców. - Mam nadzieję, że znów spotkamy się tu za rok, bo osadzonych nigdy nie zabraknie.

- Oby tylko nie w tym samym gronie, bieg był fajny, ale nie chcę biec tu za rok. Wolałbym w domu - wtrąca Jurek.

Żegnając się, składamy wszystkim pozdrowienia i życzenia. W odpowiedzi słyszymy: „Rok nie wyrok, dwa lata jak za brata, trzy lata po peronce [więziennym korytarzu] się przelata"...

- To tak w ramach treningu przed „Polska biega" - komentują pozostali.

* * *

imiona uczestników biegu zostały zmienione, wszyscy zgodzili się na publikację wizerunku

relację z naszej wizyty na Grochowie czytaj też na www.bieganie.pl

Fot: Pobiegaliśmy z Polską, z lewej Paweł Januszewski

PS W niedzielę o godz. 12.30 w Polsacie Sport kolejny odcinek Atletów. W nich m.in. moja i Artura Partyki rozmowa z Adamem Kszczotem. Paweł Januszewski i Paulina Sykut poradzą jak biegać. O 14 w tym samym kanale drugi mityng Diamentowej Ligi. Zapraszam.

19:09, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011

Pisząc do piątkowej Gazety Wyborczej, co oznacza nowe rozdanie telewizyjnych praw do piłkarskiej ekstraklasy, moi rozmówcy przekonywali mnie, że to nie tylko wędka, ale i solidna przynęta. Mówili to nie tylko zainteresowani, którzy teraz będą pieścić nowy towar w swoich ramówkach, ale przede wszystkim niezależni eksperci związani z futbolem i marketingiem.

Pełny tekst możecie przeczytać tutaj, mnie zastanawia, czy futbolowa liga nie zepsuje zabawki, którą właśnie dostała do ręki. Szansą dla nich jest przede wszystkim ekspozycja potencjalnie docierająca do 6 mln odbiorców, także gwarancja wspierania produktu ze wszystkich stron, a nie rywalizacja, w której stacje wzbraniają się, żeby czasem nie powiedzieć czegoś dobrego o konkurencji, etc.

Paradoksalnie szansą jest także batalia, jaką rząd wypowiedział bandytom. Być może napięta sytuacja na stadionach wpłynęła na cenę zakupu, ale daje jednocześnie nadzieję na nowe otwarcie, o którym mówią moi rozmówcy. Otwarcie w przededniu Euro 2012, z nowymi spokojnymi stadionami, przyjmijmy, że również z uregulowaną i rozliczoną korupcją.

Przed Ekstraklasą wiele benedyktyńskiej pracy, zwłaszcza w sferze promocji, bo sama telewizja nie jest gwarantem stworzenia sportowego i marketingowego cacka. Futbolowi działacze mogą też czerpać z błędów innych, nie szukając daleko siatkówki. Dyscyplinę tę wszyscy konsumowali bez umiaru, nie inwestując w nią zbyt wiele i sportowo, i organizacyjnie. Siatkówka miała w Polsce wszystko - marketingową oprawę, wielkich sponsorów, kibicowskie szaleństwo i przede wszystkim sportowe sukcesy. Być może wciąż ma te atuty, ale sygnały ostrzegawcze - choćby polsatowska inwestycja w futbol oraz wycofanie kadry z głównej anteny - padły i wskazują na to, że koniunktura (oby nie) się przegrzała.

Czy futbolowi działacze wyciągną wnioski z tej lekcji? Myślicie, że polskiej piłce się w końcu powiedzie?

23:37, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 09 maja 2011

Dziś trochę o piłce nożnej i niesamowitym zjawisku z ligowych boisk. Jak się okazuje, jeden gol strzelony w finale Pucharu Polski oraz dwie asysty w kolejnym meczu mogą być przepustką do zrealizowania długoletniego kontraktu za całkiem niemałe pieniądze.


Chodzi o 29-letniego Manu, najlepszego lekkoatlety wśród piłkarzy i najlepszego piłkarza wśród lekkoatletów. Gdyby nie sprawy pozasportowe, dotykające w tym sezonie Legię nader często, Portugalczyk był najwnikliwiej i najczęściej ocenianym piłkarzem klubu z Łazienkowskiej. Od zachwytów na starcie sezonu po narastającą krytykę za grę w kolejnych meczach, w których pomocnik przekonywał o swoich niebywałych umiejętnościach sprinterskich, ale nie piłkarskich. Mówiąc krótko, Manu to zjawisko.

Dla mnie ten egzotyczny okaz pozostaje transferowym przebojem roku. Nie dlatego, że należy do najgorszych skrzydłowych w całej lidze - dlatego, że Skorża [trener Legii] mógł w nim dostrzegać przyszłą lokalną megagwiazdę. I że wciąż wpycha go do podstawowej jedenastki. Manu zaliczył - innego czasownika użyć tutaj nie sposób - aż 27 meczów, najwięcej w całej Legii!” - pisał Rafał Stec tuż przed finałem Pucharu Polski.

A Manu strzelił swojego pierwszego gola właśnie w finale Pucharu Polski, w piątek dołożył dwie asysty, więc jego menedżer przypuścił kontratak.

Kilku nieudolnych dziennikarzy przez cały sezon powtarzało, że Manu kosztował Legię 500 tysięcy euro. W rzeczywistości kosztował 100 tysięcy euro, o czym wiem najlepiej, bo sam ten transfer robiłem. 100 tysięcy euro, czyli 400 tysięcy złotych – za tyle w Polsce praktycznie nie da się znaleźć piłkarza. Oczywiście, nie twierdzę, że Manu ma za sobą dobry sezon, sam jestem jego postawą rozczarowany, ale jednym meczem w finale PP się spłacił. Dla Legii dwa lata bez europejskich pucharów to byłby dramat, a Manu sprawił, puchary jednak będą. Przypomnę, że to on uratował Legię przed stratą gola w pierwszej połowie i to on strzelił gola w drugiej. Mało było jego dobrych występów, bardzo mało, ale tym jednym zarobił na siebie. No i jeszcze jedno – kibice zawsze wymagają walki. Ten chłopak ma różne braki, ale trzeba mu przyznać, że zawsze daje z siebie wszystko” - napisał na swoim blogu były piłkarz Legii, obecnie menedżer piłkarski, Mariusz Piekarski.


W dzisiejszym Przeglądzie Sportowym czytam artykuł, że Manu Legia raczej się nie pozbędzie. „Po ostatnim tygodniu można zaryzykować stwierdzenie, że Manu spłacił swój transfer. Po fatalnej serii na wiosnę (punkt w sześciu meczach) na Legii mówiło się, że latem nikt nie będzie robił Portugalczykowi przeszkód przy zmianie pracodawcy. Chętny musiał wyłożyć przynajmniej 100 tys. euro. Teraz zaczęto się zastanawiać czy nie będzie lepiej, jeśli zawodnik zostanie przy Łazienkowskiej i wypełni kontrakt obowiązujący do końca czerwca 2013 roku”.

Okazuje się, że Manu nie biegał bez celu, jak myśleli kibice (rysunek wyżej). Prawdopodobnie dobiegł do mety, a tą jest informacja o pozostawieniu go przy Łazienkowskiej.


No to wyobrażam sobie, co będzie w przyszłym sezonie. W internecie znalazłem informację o tym, że Adidas wypuszcza wkrótce innowacyjny produkt - but interaktywny z wbudowaną sensorem (szkic wyżej), którego mierzy prędkości, odległości i czas spędzony na boisku. Wyniki pomiaru będą możliwe do odczytania w czasie rzeczywistym, poprzez telefon komórkowy. Krótko mówiąc, trener będzie mógł w trakcie meczu patrzeć na swojej komórce, jak szybko, jak intensywnie i w którym kierunku biega piłkarz. Jeśli Manu zostanie w Legii, a wszystko na to wskazuje, i być może takie buty dostanie, mogą polec najlepsze na świecie urządzenia do odczytu. Portugalczyk nakreśli tyle linii, że żaden sprzęt tego nie odczyta.





10:08, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 maja 2011

Po raz drugi w historii startuje Diamentowa Liga, cykl 14 prestiżowych mityngów lekkoatletycznych z udziałem największych gwiazd. Tak jak przed rokiem, Artur Partyka, z którym komentujemy to wydarzenie w Polsacie Sport, pokusił się o swoje prognozy.

Na zdjęciu: Jedna z faworytek, płotkarka Lolo Jones.

- To pierwsze tak prestiżowe zawody w tym sezonie letnim i na pewno typowanie jest obarczone pewnym ryzykiem - mówi Artur. - Możemy podpierać się wynikami z poprzedniego sezonu, ale nie do końca może to być miarodajne. Tak więc zaczynamy!

200 metrów mężczyzn

Walter Dix zdecydowanie! Ten monstrualnie silny i miejmy nadzieje wypoczęty po wyczerpującym sezonie 2010 biegacz będzie chciał potwierdzić wysoką pozycje na dystansie 200 m. Pod nieobecność Usaina Bolta i Tysona Gaya może być jedną z jaśniejszych gwiazd inauguracyjnych zawodów w Doha. Typ bukmachera: Walter Dix.

3000 m mężczyzn

Biegi długie to moja pięta achillesowa i wytypowanie na tym dystansie zwycięzcy to ogromne ryzyko. Kilka nowych nazwisk i jak to często bywa mogących sporo namieszać, ale chyba postawiłbym na Eliuda Kipchoge, znanego mi i chyba jednego z najrówniej biegających zawodników z Afryki. Typ bukmachera: Eliud Kipchoge i Yenew Alamirew.

400 m ppł

I tu mam kolejny problem. Bernshaw Jackson na pierwszy rzut oka wydaje się murowanym faworytem, ale początek sezonu w wykonani Luisa Van Zyla jest imponujący! Już w kwietniu pobiegł poniżej 48 sekund i na pewno będzie godnym rywalem Amerykanina biegającego szalenie widowiskowo ale i popełniającego również spore błędy techniczne. Typ bukmachera: Bernshaw Jackson.

800 m

W przypadku nieobecności Davida Radishy i Abubakera Kakiego mój typ to Kirwa Yego, a czarnym koniem może nasz Marcin Lewandowski, który po kolejnym eksperymentalnym sezonie przygotowawczym jest podobno w niezłej dyspozycji. Typ bukmachera: Kirwa Yego.

Dysk

To również bardzo trudna konkurencja do typowania u progu sezonu. Piotr Małachowski co prawda narzekał troszkę na mięśnie brzucha, ale na pewno tanio skóry nie sprzeda, choć jak pokazał w poprzednim sezonie, na naprawdę wielkie wyniki trzeba będzie pewnie troszkę poczekać. Dajmy więc szanse wygrania innym .W Doha skorzysta z tego Gerd Kanter. Typ bukmachera: Gerd Kanter.

Skok wzwyż

Na razie bez wielkich gwiazd, więc wygra Jesse Wiliams, najbardziej solidny z Amerykanów, choć po sezonie halowym akcje Donalda Thomasa systematycznie rosną. Typ bukmachera: Jesse Wiliams.

Oszczep

Andreas Thorkildsen i wszystko jasne! Przesympatyczny blondyn z Norwegii jest bezkonkurencyjny i zapowiada się kolejny udany sezon tego utytułowanego zawodnika. Typ bukmachera: Andreas Thorkildsen.

Trójskok

Tu też nie mam żadnych wątpliwości Teddy Thamgo! I tu oczekiwałbym próby pokonania granicy 18 metrów. Stanie się to w tym roku na pewno, ale czy już w Doha? Zobaczymy. Typ bukmachera: Teddy Thamgo.

1500m

Tu zdecydowanie Silas Kiplagat, choć myślę, że z niezbyt dużą przewagą. Typ bukmachera: Silas Kiplagat.

Tyczka

Renaud Lavillenie powinien po niezwykle udanym sezonie halowym kontynuować wspaniałą passę. Nie ma Stevena Hookera i nie powinien mieć problemu z odniesieniem zwycięstwa. Chociaż pamiętając zeszłoroczne kłopoty tyczkarek z wiatrem łatwo może nie być. Typ bukmachera: Renaud Lavillenie.

Kula

Nie dziwię się dość niskim kursom na Dylana Armstronga. Kanadyjczyk już posyła daleko kulę i pokonać go w tych zawodach będzie trudno. Zarówno Christian Cantwell i nasz Tomek Majewski są po kontuzjach i pewnie będą potrzebowali nieco czasu na dojście do optymalnej formy. Stawiamy na Kanadyjczyka! Typ bukmachera: Dylan Armstrong.

100 m ppł

Chyba nie ma bardziej nieprzewidywalnej konkurencji, jak bieg na 100 m płotki. Dramaturgia, wywrotki, zahaczania płotków. Może Lolo Jones wyczerpała już limit upadków i porażek, no i wreszcie zacznie regularnie wygrywać . I to mój typ na Doha. Typ bukmachera: Lolo Jones.

1500 m

Gelete Burka najrówniejsza i z najlepszą końcówką z grupy biegaczek startujących w Katarze. Ciekaw jestem, jak w tej stawce zaprezentuje się nasza Renata Pliś. Typ bukmachera: Gelete Burka.

200 m

Tu zaryzykujemy troszkę .Faworyzowaną Rosjankę pokona Amerykanka Lashauenta Moore. Typ bukmachera: Aleksandra Fedoriwa.

400 m

Tu nie mam za dużych wątpliwości Allyson Felix powinna udanie otworzyć sezon. Już nie mogę doczekać się pojedynku Felix z Sanią Richards. Typ bukmachera: Allyson Felix.

Skok w dal

Powinna wygrać Tatiana Kotowa, ale my czekamy na skoki Darii Klisziny. Dlaczego? Jak stanie na rozbiegu, wszyscy będą wiedzieli, jakie są tego powody... Tu na pewno będziemy stawiali na Darię bez względu na kursy. Typ bukmachera: Tatiana Kotowa.

3000 m z przeszkodami

Milcah Chemos Cheywa nie powinna mieć problemów z pierwszym triumfem w Diamentowej Lidze, nie zarobimy niestety na tym zbyt wiele. Tak to jest w przypadku najlepszych na tym wciąż rozwijającym się dystansie. Typ bukmachera: Chemos Cheywa.

- Emocji nie powinno zabraknąć i myślę, że po tych zawodach będziemy mogli o wiele trafniej przewidywać zwycięzców poszczególnych konkurencji. Oby wśród nich znajdowali się polscy sportowcy - kończy Artur.

14:21, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 maja 2011

Czy zamknięte zostaną szkoły, jeśli w jednej z podstawówek pobije się kilku uczniów? Czy po akcji kieszonkowców w tramwaju wyłączona zostanie z ruchu cała komunikacja? A może ustanowić weekendowy zakaz wejścia do kin, bo w kilku z nich masowo grasują kieszonkowcy?

Pytam, bo decyzjami wojewodów o zamknięciu dla publiczności stadionów Legii i Lecha jestem zwyczajnie oburzony. Tak, jak oburzony byłem zachowaniem hordami kiboli wbiegającymi na boisko jeszcze przed zakończeniem finału Pucharu Polski, a później niszczącymi lekkoatletyczny stadion Zawiszy.

Państwo poprzez swoje organy uderzyło w czwartek w skutek, a nie przyczynę, dało wyraz swojej bezradności w walce z bandytyzmem i pośrednio odtrąbiło zwycięstwo tych ostatnich nad rządzącymi oraz prawdziwymi kibicami. Tymi, którzy mają sezonowe karnety, oraz tymi, którzy mieli ochotę wybrać się z rodziną na najbliższe spotkania, albo zwyczajnie lubią oglądać ekstraklasę w telewizji. Wszyscy wymienieni z burdami na finale Pucharu Polski nie mają wspólnego nic poza szalikami, w jakie przebrali się bandyci w Bydgoszczy. A jednak karę poniosą - pierwsi stracą finansowo, bo za bilet zapłacili zaocznie, drudzy zrezygnują z zaplanowanej rozrywki, trzeci obejrzą okaleczone widowisko przed telewizorem.

Nie pora tu na wrażenia, że stadion Legii to najnowocześniejszy obiekt piłkarski w Polsce, na którym ja i moja rodzina w sektorze rodzinnym czuje się bezpiecznie, więc przyjmuję ze zrozumieniem argumenty policji, że przy Łazienkowskiej, jak i przy Bułgarskiej były zabronione prawem pirotechnika, bluzgi i antysemickie okrzyki. Ale nie wydarzyły się one po 3 maja, po burdach w Bydgoszczy, czy w przededniu spotkań Legii z Koroną i Lecha z Górnikiem. Zdarzały się wcześniej, ale wtedy policja do wojewodów nie wnioskowała, puszczała wszystko mimo uszu, mimo oczu.

I policja, a w ślad za nią wojewodowie, zlękli się słów premiera Donalda Tuska, który w gorączce budżetowej konferencji przyznał na marginesie, że zamknięcie stadionów to nie tyle wynik uchybień na tychże obiektach, co kara za Bydgoszcz. Sztandarowym argumentem rządzącego województwem mazowieckim Jacka Kozłowskiego był rozbujany wagon metra po jednym z meczów.

Walka z bandytyzmem - tak, strzelanie na oślep - nie. Państwo, niestety, wysłało wiadomość, że prawdziwego celu na razie nie dostrzega, chuligani również sygnał: nic nam zrobicie, jedyne co możecie, to w swej bezradności pozamykać stadiony.

19:45, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (25) »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco