Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
sobota, 29 maja 2010

Przekonywał mnie ostatnio Konrad Piechocki (do niedawna prezes Skry Bełchatów, od niedawna Skry i Trefla Sopot), że gdyby nie spółki skarbu państwa, polski sport - w szczególności siatkówka - miałby się fatalnie. Że gdyby podzielić po równo kasę np. z PGE na wszystkie ligowe zespoły, równalibyśmy w dół, skazując się na sportową miernotę i szarzyznę, która nie porywałaby takich tłumów, jak teraz jego Skra.

Jak miałem, tak mam wątpliwości, bo choć marzy mi się zespół, który wygra Ligę Mistrzów (pod warunkiem, że na boisku, w sportowej walce), to jednak hegemon pozbawia innych szans zbierając u siebie wszystkich liczących się graczy reprezentacji, zostawiając reszcie drużyn tych, którzy Skrze potrzebni nie są. Wolałbym ligę bardziej wyrównaną, nawet kosztem sukcesów w Europie, których w Bełchatowie wciąż nie ma mimo wielu zabiegów organizacyjnych.

Nie dziwi mnie - a dziwi szefów, trenerów i zawodników Skry - że w tej sytuacji już przed sezonem nachalnie zawiesza się na szyjach ludzi z Bełchatowa złote medale mistrzostw Polski, zabierając radość zwycięstw, poddając nieustannej presji. Tak to już jest, że w tej nierównej walce świetny mecz, czy nawet większy sukces zauważony nie zostanie. Potknięcie – jako zjawisko niespotykane, a przez dużą część wyczekiwane – przy tej dysproporcji sił i możliwości finansowych (umówmy się, z Polaków Skra może mieć każdego za każde pieniądze) będzie wytknięte, zanalizowane, rozłożone na czynniki pierwsze.

Taki sposób budowy giganta – nie systemowy, lecz oparty na państwowej kasie - budzi niechęć i sprzeciw kibiców innych zespołów. Galopujące wręcz jest zjawisko podziału siatkarskich fanów w Polsce na tych, co to Skrę kochają i chronicznie nienawidzą. Stanów pośrednich praktycznie nie ma.

Ponieważ tych pierwszych wciąż jest jednak całkiem sporo, buzująca w kibicach niechęć na dobrodzieju - czyli PGE - się nie odbijała. Do piątku, kiedy informacja o wykupieniu przez Trefl Sopot (państwowymi pieniędzmi PGE, które zostało sponsorem tego klubu) miejsca od PTPS Piła dotarła do kibiców. Miejsca od drużyny, która ze wszystkich obecnych ligowców jest jedną z najbardziej utytułowanych. Miejsca, dodajmy, które przejmie zespół pokonany zarówno w walce o awans jak i w barażach.

Trefl ma być wielki, ma mieć gwiazdy, bo ma wielkie pieniądze, nawet ponad 5 mln zł. Kibice w internecie od razu wytknęli, że to znów zdobyta z łatwością państwowa kasa, którą można by spożytkować w inny sposób. Uważam, że populizmem jest wspominać przy tej okazji o naprawie dróg po powodzi, która w samym województwie śląskim wyniesie 23 mln zł. Dobry sport wart jest sporej kasy. Dobry sport, ale uczciwy. Nie przehandlowany, załatwiony, oparty o ideę, którego naczelną kwestią jest kwestia ceny.

Podejrzewam, że kibice ucieszyliby się na potężną drużynę z Sopotu zdolną zawojować Europę, nawet by jej kibicowali. Pod warunkiem, że Trefl pokazałby klasę na boisku, a nie przy stole negocjacyjnym.

Staram się zrozumieć szefa Organiki Budowlanych czy też innych klubów, które chcą oddawać Treflowi mecze walkowerem, bo one znalazły się w elicie dzięki boisku. Nie dziwię się, bo żalą się, że ich zawodniczki dostały ostatnio nowe, całkiem niespodziewane propozycje kontraktu nie do odrzucenia.

Za piątkowe posunięcie z odkupieniem miejsca Piły dostanie się nie tylko Treflowi, ale i szefom ligi, bo pomysłowi temu oficjalnie przyklasnęły. Rykoszetem dostanie Skra, której twarzą jest Konrad Piechocki. Najbardziej jednak – pomijając już kasę topioną latami w futbolowy GKS, czy też kontrakt stulecia (35 mln zł?!) za wejście w nazwę Baltic Areny - ucierpi PGE i jego wizerunek. Powoli, a od wczoraj już na pewno koncern ten większości kibicom siatkówki w Polsce przestaje kojarzyć się wyłącznie jako mecenas polskiego sportu. Dla wielu staje się symbolem tego, co w sporcie najgorsze – załatwiania i kupowania. Ciekawe, czy za rok w Sopocie zobaczymy załatwiony Final Four Ligi Mistrzyń?

 

 

10:47, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (19) »
sobota, 22 maja 2010

Jak oni to zniosą? Finał piłkarskiej Ligi Mistrzów UEFA po raz pierwszy od pięciu lat bez drużyny z Wysp. Finał Ligi Mistrzów rugby, zwany Pucharem Heinekena, również bez Anglików. A wszystko to w odstępie kilku godzin. 22 maja staje się najbardziej traumatycznym dniem w najnowszej historii brytyjskiego sportu.

Tak jak w futbolu do finału LM docierały ostatnio naprzemiennie Manchester United, Chelsea, Liverpool i Arsenal, tak i klubowym rugby współrządziły cztery zespoły - Bath, Northampton Saints, Leicester Tigers i London Wasps. Tak jak w piłce kopanej zdarzyło się, że walka o trofeum pozostała wewnętrzną angielską bitwą (rok 2008, Manchester i Chelsea), tak i w sporcie z jajem jeden z finałów padł ich łupem (rok 2007, London Wasps i Leicester). A dziś? Ani w Madrycie, ani w Paryżu.

Oglądając piłkarski finał Anglicy aż tak rozkołatanych serc może mieć nie będą. Rozstrzygnięcie Heinekena to jednak dla nich coś więcej niż policzek. Dla nich - arystokracji rugby, która sport ten wymyśliła - rozgrywany we Francji finał z udziałem dwóch francuskich drużyn (Biarritz i Tuluza) to cios prosto w serce.

Na zdjęciu: Imanol Harinordoquy, kluczowa postać Biarritz i reprezentacji Francji

O podtekstach krwawych bitew angielsko-francuskich rugbowi mistrzowie pióra zapisali już setki szpalt. Dziś przed nimi zadanie nie lada, bo trzeba opisać rozgrywki, w których Anglicy dotarli do ćwierćfinałów ledwie jedną drużyną (Northampton), co nie zdarzyło się nigdy w ponad 15-letniej historii Heineken Cup. W poczuciu wstydu za swoich udają na razie, że ważniejsza jest bitwa w finale Challenge Cup (coś jak Liga Europejska UEFA), w którym też ich nie ma, ale Cardfiff Bules zmierzy się z Tulonem (z Jonnym Wilkinsonem). Ale rozliczeń z coraz gorzej stojącym klubowym i reprezentacyjnym rugby nie unikną.

Prawdziwe znaczenie samotności - pisze „Guardian” - ma odkryć angielski sędzia Wayne Barnes. Choć na chwilę stanie się angielskim bohaterem jako najmłodszy w rozjemca najważniejszych w Europie klubowych rozgrywek. Brukowce nie omieszkały również wypomnieć, że niektórzy gracze spod znaku czerwonej róży zatracili honor, decydując się na łatwą kasę pod drugiej stronie kanału La Manche (coraz więcej rugbistów angielskich gra w lidze francuskiej, a część z nich z wiadomych podatkowych względów zamieszkało w Monako).

Anglicy w dzisiejszych, mikrych dość, zapowiedziach francuskiego finału ostrzegają, że potyczka Biarritz z Tuluzą to nie tylko znak czasu, ale także przestroga dla ich świata rugby. Zaraz obok przywołali słowa Charles de Gaulle, że nie może być jedności w kraju, w którym jest 265 różnych gatunków sera. Dziś też Francja ma się podzielić. Ale czy to dla Anglików jakieś pocieszenie?

PS 1 Finał Pucharu Heinekena w sobotę o 20.40 w Polsacie Sport Extra i test dla fanów rugby w Polsce, czy chcą oglądać mecze na takim poziomie. Oczywiście w tym samym czasie na sąsiednim Polsacie Bayern będzie bił się z Interem, ale przecież jeden z tych meczów można nagrać i zaserwować sobie czterogodzinny sobotni wieczór z wielkim sportem.

PS 2 Po ostatniej wizycie z synem w Monachium (mecz Bayernu z Manchsterem) dziś oczywiście kibicujemy Niemcom.

12:06, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (10) »
czwartek, 20 maja 2010

- Ten sezon był ciekawszy niż poprzednie za sprawą wielu zaskakujących wyników. Końcówka jakby rozpisana przed sezonem, ale trudno mieć pretensje do Skry Bełchatów, że znów zdobyła mistrzostwo Polski - mówi Wojciech Drzyzga.

- Liga stoi w miejscu, a drużyny gotują się we własnym sosie. Jeśli liga była ciekawsza to dlatego, że Skra grała słabiej, a nie że Resovia czy Jastrzębski Węgiel dokonały skoku w górę. Ambicje i możliwości drużyn ligowych są większe niż efekty ich gry. Symbolem postępu jest sukces w europejskich pucharach, a ten się nie dokonał - oponuje szef sportu w Polsacie, Marian Kmita w magazynie Punkt Set Mecz Przemysława Iwańczyka.

Rozważają dlaczego to Jastrzębski Węgiel jest największym wygranym sezonu, a nie Skra Bełchatów mimo zdobycia mistrzostwa Polski. - Największym przegranym sezonu jest Delecta Bydgoszcz. Popełniono tam grzech zaniechania. Nie wyznaczono tam sobie celu sportowego i teraz nie przyjmują tam do wiadomości, że wynik jest zły. Rozczarowaniem numer dwa jest Zaksa Kędzierzyn Koźle. Końcówka w ich wykonaniu jest powtarzającą się sytuacją w tym klubie - mówi Drzyzga. - Dla mnie największym rozczarowaniem była Resovia - oponuje Kmita i wyjaśnia dlaczego.

 

11:09, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 maja 2010

Jest odpowiedź na długo wyczekiwane przez kibiców siatkówki pytanie. - Na pięć kolejnych lat liga siatkarzy i siatkarek zostaje w Polsacie - zdradza Marian Kmita, szef sportu w tej stacji w magazynie Przemysława Iwańczyka "Punkt, Set, Mecz". - Będą cztery mecze w weekend, w jakiej konfiguracji; np. trzy z ligi męskiej, jeden z żeńskiej lub w zestawieniu dwa plus dwa - ciągle myślimy. Novum w porównaniu z poprzednim kontraktem Polsatu z PLS będą relacje internetowe na platformie Ipla ze spotkań, których telewizja nie pokaże. - Każdy kibic, czy to z Warszawy, czy Częstochowy, będzie mógł obejrzeć swoją drużynę w każdej kolejce - dodaje Kmita. Jest też możliwość, by na każdym meczu dodatkowe kamery pomagały sędziom. Kmita: - Sprzęt stoi w garażu, ale w sezonie to wydatek ponad miliona złotych. Jeśli np. PLS znajdzie sponsora, pójdziemy w tym kierunku.

 

 

 

23:02, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (6) »
sobota, 15 maja 2010

Aż czterem zawodnikom Skry Bełchatów wygasają kontrakty - Falasce, Dobrowolskiemu, Wnukowi i Gackowi. Kogo powinien zostawić, a kogo pozbyć sześciokrotny mistrz Polski? - Cała czwórka, łącznie z Novotnym jest do wymiany. Na tych pozycjach jeszcze można poprawić jakoś nowymi zawodnikami. Gacek jakoś się wypalił, a poza tym Skra ma Zatorskiego, można dać mu szanse. Falasca i Novotny to zawodnicy, którzy już nic nowego w grę Skry nie wniosą - mówi Wojciech Drzyzga w cotygodniowym magazynie siatkarskim.

 

 

09:45, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (25) »
czwartek, 13 maja 2010

W finale PlusLigi nie było niespodzianki – Skra Bełchatów szósty raz z rzędu odebrała złote medale po czterech meczach z Jastrzębskim Węglem. Jednak biorąc pod uwagę przepaść sportową i finansową, jaka dzieli Skrę od reszty, największym wygranym mijającego sezonu jest właśnie Jastrzębie, które sięgnęło po Puchar Polski oraz zwyciężyło raz ze Skrą w finale ligi. - Jastrzębie zrobiło wyraźny postęp. Rozwinęło się kilku siatkarzy, jak Łomacz, Czarnowski i Yudin, a klub przeszedł przemianę wizerunkową – mówi Wojciech Drzyzga, gość Przemysława Iwańczyka w cotygodniowym magazynie siatkarskim.
A jaki to był sezon dla Skry? - To był sezon niewykorzystanych szans przez bełchatowian – uważa Drzyzga. - Mieli potężny potencjał sportowo-organizacyjny. Wygranie przez nich mistrzostwa Polski jest sukcesem. Aż tyle, i tylko tyle... To jest siatkarski Real Madryt lub Barcelona, więc zawsze będą surowo oceniani, kiedykolwiek powinie im się noga.
Skrze nie udało się zrealizować celów, jakim był także Puchar Polski i ścisły finał Ligi Mistrzów. Działacze z Bełchatowa tłumaczą to natłokiem meczów, jakie musieli rozegrać siatkarze. Tyle że przychodzący do klubu Michał Winiarski i Jakub Novotny nie byli przez większość sezonu zdolni do gry, więc Skra grała w ośmiu-dziewięciu ludzi. - W ten sposób ponieśli koszty braku rotacji i zmian – dodaje ekspert Sport.pl i Polsatu Sport. - Wpłynęło to i na odpadnięcie z Pucharu Polski, i na brak awansu do finału LM, dlatego mówię o niewykorzystanych szansach.
Drzyzga zastanawia się także, czy trener Jacek Nawrocki poradził sobie z pracą.

 

 

09:29, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
środa, 12 maja 2010

Szóste złoto siatkarzy Skry Bełchatów to oczywistość. Finansowa i sportowa przewaga tego klubu nad ligowymi rywalami wciąż rośnie, a kolejne mistrzostwa kraju są dla jego siatkarzy przeznaczeniem.

Złudne są dwa wyrównane spotkania Skry z Jastrzębskim Węglem. To bełchatowianie zagrali w nich słabiej i tylko wtedy ich ligowi przeciwnicy byli w stanie walczyć o korzystny wynik (raz się udało). Poza tym Skra przegrała w Polsce tak naprawdę tylko raz - w Pucharze Polski z Resovią, co pozbawiło ją szansy obrony trofeum. Pozostałe potknięcia nie miały znaczenia.

Choć sponsor (PGE) stawiał za cel dwie korony w kraju i ścisły finał Ligi Mistrzów, dyskusja, czy zakończony we wtorek sezon był udany dla Skry, nie ma sensu. Dla tych, których zadowala szóste złoto w kraju, plan został wypełniony. Dla tych, którym marzyło się wreszcie wyjście z sukcesami poza Polskę - nie, bo w tak sielskich warunkach (silny skład, wielkie pieniądze) trzecie miejsce w Lidze Mistrzów czy klubowe wicemistrzostwo świata nie jest wyczynem nie lada jakim, szczególnie że Skra dostała na nie zaproszenia.

Przy nieustającej hegemonii Bełchatowa kibicom pozostaje jedynie odliczać kolejne jej triumfy w lidze, czekać na prawdziwy sukces w Europie, obserwować, jak rozwijają się filary reprezentacji (np. Kurek) i... śledzić walkę o pozostałe miejsca na podium. W tej konkurencji - zdaniem kibiców całkiem osobnej - największym wygranym sezonu jest Jastrzębski Węgiel. Klub, który osiągnął cel nie tylko sportowy (Puchar Polski, awans do finału ligi), ale również marketingowy, czego dowodem są finałowe obrazki pełnych pomarańczowych (każdy kibic założył koszulkę w nowych barwach klubu) trybun oraz informacje, że spod kas odeszło z kwitkiem prawie półtora tysiąca ludzi. Niby nic godnego uwagi, ale na półfinałowych pojedynkach polskie hale straszyły pustkami.

Przegrani - bez względu na to, jak zakończy się walka o brązowy medal - mogą czuć się w Rzeszowie. Po ubiegłorocznym wicemistrzostwie Polski, przy bardzo solidnych wzmocnieniach, przyjdzie im zadowolić się najwyżej trzecim miejscem. Powodów do chwały nie będzie miała również druga po rundzie zasadniczej ZAKSA Kędzierzyn. O Delekcie Bydgoszcz, która ściągnęła wielkie gwiazdy (Gruszka, Szymański, Lambourne, Woicki) i zajęła szóste miejsce, lepiej nie wspominać.

Problem w tym, że za rok będzie podobnie - pewniakiem do mistrzostwa znów stanie się Skra, reszta stanie do walki o miejsca od drugiego w dół. Zresztą z tak olbrzymimi możliwościami finansowymi Skra będzie dominować w Polsce latami. Jest w stanie zatrzymać każdą z gwiazd reprezentacji, jest w stanie ściągnąć każdego, komu zamarzy się gra i zarabianie w bełchatowskim dream teamie. Może pozwolić sobie nawet na transferowe pudła, bo w kraju i tak ujdzie jej to płazem.

- Wymieniłbym w Skrze czterech graczy, którym kończą się kontrakty oraz Novotnego, który jest permanentnie niezdolny do gry - uważa Wojciech Drzyzga, ekspert Sport.pl i Polsatu Sport [magazyn podsumowujący finał wkrótce w Sport.pl]. Jeśli Skra poszłaby tym tropem, stałaby się jeszcze silniejsza, kasując krajowych rywali już na starcie. W Polsce znów byłoby nudno, ale być może działacze Skry pokusiliby się w końcu o jasną deklarację: „W kraju konkurencji nie mamy, maszerujemy po triumf w Lidze Mistrzów”.

17:30, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 maja 2010

Wyobrażałem sobie, że finał ligi to wydarzenie szczególne, a tym samym, że władze PLPS potraktują mecze decydujące o złocie tak samo profesjonalnie jak przygotowali się do nich trenerzy i siatkarze. Że skoro zdecydowali się wyłożyć dodatkowe pieniądze na dodatkowe kamery i powtórki umożliwiające drużynie challenge w kontrowersyjnych sytuacjach (7 tys. zł za mecz) w spotkaniach Pucharu Polski, to tak samo będzie i w równie ważnych - jeśli nie ważniejszych - meczach o mistrzostwo.

Skoro z jakichś powodów, nie przychodzi mi do głowy jakich, liga pieniędzy na powtórki nie dała, to chociaż mogła wydelegować na decydujące pojedynki najlepszych arbitrów. Piszę tę notkę po trzecim secie drugiego spotkania Skry z Jastrzębskim Węglem. Do tego momentu sędzia Dariusz Jasiński popełnił osiem rażących, krzywdzących naprzemiennie oba zespoły błędów. Sześć z nich nie wymagały powtórek, widoczne były gołym okiem każdego kibica siedzącego w hali. Komentatorzy Polsatu, których mam w słuchawce, otwartym tekstem mówią już, że sędziowanie jest skandalicznie. Zawodnicy nic nie mówią, bo grają, ale kontestują większość decyzji arbitra.

Nie znam powodów, dla których nie prowadzi tego spotkania któryś ze standarowych polskich sędziów - Sylwester Strzylak lub Andrzej Lemek. Tak samo nie wiem, czemu działaczom ligi nie wystarczyła nauczka ze styczniowego ćwierćfinału PP między Skrą a Resovią, kiedy nerwy puściły zawodnikom, trenerom i działaczom, a z ekranów telewizorów - chyba po raz pierwszy w historii siatkarskich transmisji - sypnęły się bluzgi.

20:10, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 maja 2010

Czy siatkarze Skry Bełchatów podniosą się po nieudanym finale Ligi Mistrzów w meczach o złoty medal mistrzostw Polski? - Na miejscu Jastrzębskiego Węgla zacząłbym się bać, bo gracze Skry są źli. Nie raz reagowali tak po niepowodzeniach - mówi Wojciech Drzyzga, ekspert Sport.pl i Polsatu Sport w kolejnym odcinku naszego magazynu.

Zdaniem Drzyzgi Skra jest faworytem finału, choć rywal imponuje poukładaną grą i pewnością siebie. Mają też Igora Yudina, który gra czasem jak Mariusz Wlazły i trudno go zatrzymać. - Chcę zobaczyć twardy, krwisty finał. Liga zasługuje na cztery, a może pięć meczów, które byłyby ozdobą całych rozgrywek.

 

 

 

 

 

 

14:44, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »
środa, 05 maja 2010

Zdobywając szóste z rzędu mistrzostwo Polski, siatkarze Skry Bełchatów może i obronią się po przegranym turnieju finałowym Ligi Mistrzów, ale jeśli drużyna z tak wielkimi gwiazdami i potężnym budżetem nie będzie mierzyć wyżej, popadnie w marazm.

Za silni na ligę, za słabi na triumf w pucharach - przypadłość Skry dręczy kibiców siatkówki od lat. Krajowe wpadki bełchatowian są incydentalne, niekiedy tylko spektakularne (np. ostatnia z Resovią w Pucharze Polski). Dominacja sportowa i finansowa jest tak wyraźna, że nawet trenerzy rywali zwykli mówić: „Grają wszyscy, wygrywa Skra”. Będzie tak zapewne i w rozpoczynającym się w czwartek finale PlusLigi, w którym naprzeciw bełchatowian stanie Jastrzębski Węgiel. Jeśli jednak najlepsza polska drużyna nie zrobi kroku w przód w Europie, czeka ją uwiąd, jaki pogrzebał piłkarską Wisłę Kraków.

Krakowski klub przez lata bezskutecznie mierzył w awans do fazy grupowej LM, Skra marzy o najważniejszym klubowym trofeum w siatkówce. Przy coraz mniejszym zaangażowaniu właściciela i z coraz mniejszymi pieniędzmi wiślakom pozostały na osłodę zdobywane hurtowo mistrzostwa Polski. Zdaniem zawodników, trenerów i działaczy Skry dla nich osłodą są brązowe medale po niedzielnym zwycięstwie ze słoweńskim ACH Bled Volley.

Prawda jest jednak taka, że wzbogacą one jedynie opasłą już gablotę krajowych głównie trofeów w klubowym korytarzu. Wartość, niestety, mają niewielką, zwłaszcza spoglądając na okoliczności, w jakich rozgrywano turniej finałowy LM. Z budżetem na poziomie europejskich tuzów, z zawodnikami, na których renomie poznali się najgroźniejsi na świecie rywale, wreszcie z problemami trapiącymi konkurentów to właśnie Skra była głównym faworytem do zwycięstwa całego Final Four. Ich półfinałowa porażka z Dynamem Moskwa jest więc rozczarowaniem. Tym większym, że Rosjanie, którzy z kretesem przegrali walkę o finał u siebie w lidze, wyprzedzili w tym spotkaniu polski zespół o kilka długości w każdym elemencie.

Półfinałowe tąpnięcie z Dynamo, które odebrało bełchatowianom szansę na realizację głównego celu w tym sezonie, nie powinno zachwiać klubem. Umowa sponsorska z holdingiem PGE obowiązuje przez kilka lat, zresztą jeszcze poprzedni prezes Skry Edward Maruszak zapewniał, że u niego nie szasta się pieniędzmi, więc wystarczy ich na kilka sezonów nawet po wycofaniu się sponsora. Budżet Skry oficjalnie wynosi 10-12 mln zł, nieoficjalnie nawet dwa razy tyle, dlatego już teraz szef klubu powinien przewietrzyć skład, sięgając po gwiazdy jeszcze większe, niż ma. Przede wszystkim po rozgrywającego rozmiaru Pawła Zagumnego, Brazylijczyka Ricardo czy nieszablonowego Fina Mikko Esko lub Czecha Lukasa Tichacka. Za wszelką cenę trzeba też zatrzymać Bartosza Kurka, który ma co prawda ważny kontrakt, ale chce grać w podstawowym składzie, więc kolejnego sezonu na ławce rezerwowych nie zdzierży. Pochopne zmiany w sztabie szkoleniowym są niewskazane, nawet jeśli prezes Konrad Piechocki uzna, że trener Jacek Nawrocki popełnił błędy w Final Four. Powinien wreszcie unikać podejrzliwych i niosących coraz więcej niechęci ze strony kibiców w Polsce zabiegów organizacyjnych, dających Skrze i tak niewykorzystany handicap awansu bez gry do finału LM.

Działacze z Bełchatowa chełpią się kolejnymi komplementami o znakomitym przygotowaniu drugiego Final Four, ale wszyscy już przecież wiedzą, że Polacy świetnie radzą sobie nawet z największymi imprezami. Uważać też trzeba, by wspaniałe oprawy nie przejadły się nawet tym kibicom, których w meczu siatkówki najbardziej kręci chóralnie wyśpiewane: „W górę serca, Bełchatów wygra mecz”. Dość symptomatyczne są zresztą obrazki z półfinałowych spotkań ligowych, które kompletu na trybunach nie zebrały.

Skra nie startuje w zawodach pod hasłem „przygotowanie widowisk sportowych”. Tak jak stać ją finansowo na perfekcyjną organizację turnieju finałowego (z budżetem 1,6 mln zł) w zamian za miejsce w czwórce, tak sportowo stać ją na wygranie LM bez wspomagania, tylko na boisku.

W Bełchatowie denerwują się na niesprzyjającą presję, jaką ciąży na ich drużynie - czy to przed Final Four LM, czy to przed dzisiejszym finałem ligi. Skarżą się też na surowe oceny po każdym nieudanym występie. Muszą jednak pamiętać, że Skra nie jest już zespolikiem niosącym rozrywkę tylko mieszkańcom Bełchatowa i okolic. Władze PZPS uczyniły z niej jedną z wizytówek swojej działalności, a skarb państwa - łożąc co roku grube miliony koncernu PGE - ambasadora polskiego sportu na świat. Bełchatowski klub obok reprezentacji stał się synonimem wszystkiego, co kryje się pod pojęciem „polska siatkówka”, więc w interesie wszystkich jest, by wygrywał nie tylko w lidze, ale także w Europie.

20:24, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco