Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Kategorie: Wszystkie | Iwańczyk | O piłce nożnej | O rugby | O siatkówce | Typowanie
RSS
czwartek, 26 stycznia 2012

30 mln zł rząd chce przekazać na siatkówkę. Obiecuje, że w każdym województwie powstaną po trzy gimnazja oraz liceum – osobno dla dziewcząt i dla chłopców.

Siatkarskie Ośrodki Szkolne to projekt unikatowy. Klasy w szkołach, które powstaną na bazie istniejących już publicznych placówek samorządowych, mają liczyć do 20 uczniów. Przejdą oni ujednoliconą edukację siatkarską, najzdolniejsi zostaną przyjęci do istniejących od dawna Szkół Mistrzostwa Sportowego. Patronat nad „piramidą”, której zadaniem jest masowe dostarczanie przyszłych reprezentantów Polski, objął w ubiegłym roku wicepremier Waldemar Pawlak. Właśnie dlatego SOS-y ochrzczono w środowisku „pawlikami”, co ma być odpowiedzią na piłkarskie „orliki” pod egidą Platformy Obywatelskiej, czyli pomysł byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego.

Projekt zakłada, że z „orlików” korzystać będzie także siatkówka, bo obok piłkarskich są tam także siatkarskie boiska. Na nich mają trenować i grać ci, którzy nie chcą uczyć się w SOS-ach, a marzy im się profesjonalna kariera. Tu największe talenty będą wyławiać organizatorzy turnieju „Orlik Volleymania”.

Przed wyborami wicepremier obiecał na „pawliki” nawet 50 mln zł. Wobec kryzysu kwota spadła do 30 mln zł, ale i tak to olbrzymi zastrzyk, bo dotychczas na sport młodzieżowy we wszystkich dyscyplinach ministerstwo przeznaczało 49,5 mln zł.

W niedzielę, na kuluarowym spotkaniu podczas finału Pucharu Polski w Rzeszowie, Pawlak zapewnił, że z obietnic się nie wycofa, a siatkówka stanie się w kraju sportem nr 1.

– Te 30 mln zł to i dużo, i mało – mówi Tomasz Rachwał, szef firmy marketingowej Polish Sport Promotion. – Jeśli jednak nie zostaną przeznaczone na budowę szkół, lecz na sam program, to siatkówka dostała naprawdę wiele i może się cieszyć. Pod pewnymi warunkami; borykamy się z systemem szkolenia, mówiąc krótko, nie ma kto szkolić dzieci i młodzieży, dlatego trzeba mieć pomysł na to, jak dalej będą funkcjonować SOS-y oraz siatkarskie boiska przy „orlikach”. Wizja musi sięgać wiele dalej niż tylko ustalenie zasad i przejęcie dotacji. Powinna przewidywać, co stanie się z młodzieżą, która wyjdzie z tego programu.

Według 30-stronicowego projektu, do którego dotarła „Gazeta”, mają to robić szkoleniowcy edukowani przez założoną jakiś przez PZPS Akademię Polska Siatkówka. Minister sportu Joanna Mucha rozmawiała z władzami PZPS dwa razy. Według naszych informacji projekt się jej spodobał, pozytywnie zaopiniowała go także sejmowa komisja sportu. Parlamentarzyści wywodzący się z innych dyscyplin początkowo protestowali, pytając, dlaczego na programie skorzysta tylko siatkówka. Kiedy usłyszeli, że albo 30 mln zł pójdzie na „pawliki”, albo sport nie dostanie ich w ogóle, zgodnie podnieśli rękę, głosując „za”.

Projekt SOS, który był dotąd tajemnicą, ma być teraz przedstawiony zarządowi PZPS. Kiedy zostanie dopracowany, ministerstwo przeznaczy pieniądze. Według urzędników przyjrzy się każdej wydanej złotówce. Jak informują nas współpracownicy minister Muchy, jeśli nie wszystkie pieniądze zostaną wydane, reszta wróci z powrotem do budżetu państwa.

– To ogromna szansa dla siatkówki. Inwestycje w młodzież – tego właśnie brakuje nam teraz najbardziej – mówi Alojzy Świderek, trener reprezentacji kobiet, który był współtwórcą Akademii Polska Siatkówka. – Od dawna chodziło nam o to, żeby początkujący chłopcy i dziewczyny byli szkoleni według tym samych zasad. Do tego potrzeba armii specjalnie wyuczonych trenerów. Trafiła nam się więc wielka rzecz. Włosi robili coś podobnego kilkanaście lat temu i wypaliło. Przyszły sukcesy klubów i reprezentacji. Nasze kluby, młodzież, ludzie pracujący na dole, czyli w najmniejszych ośrodkach, długo walczyli o pomoc. Teraz mają szansę. Nawet jeśli kiedyś ten program padnie, samorządy i lokalny biznes udźwigną go i będą kontynuować.

– Mam nadzieję, że to dobry krok. Jak na sport, to naprawdę duże pieniądze, więcej, niż cała siatkówka dostaje co roku od państwa – dodaje Paweł Papke, w przeszłości siatkarz kadry, a teraz poseł PO.

23:46, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 stycznia 2012

Choć PGE Skra Bełchatów po raz trzeci w pięciu ostatnich latach zorganizuje finał siatkarskiej Ligi Mistrzów, to tym razem przynajmniej nie mamy powodów podejrzewać, że krajowi potentaci zamierzali za wszelką cenę uniknąć walki w dwóch kolejnych rundach rozgrywek. Znów przypomnieliśmy sobie tylko, że całą tą dyscypliną kręcą wszechmocni działacze, których nie interesuje obrona fundamentalnych sportowych zasad, lecz umiejętne obchodzenie mgliście określonych reguł, szybki zysk i wykiwanie kolejnych naiwnych. W państwie siatkarskim niemal wszyscy wszystko załatwiają i kombinują.

Nasi kibice na finał najważniejszych klubowych rozgrywek zasługują. Jak nigdzie w Europie, a może nawet i na świecie, pragną siatkówki na tyle, że są gotowi wypełnić największe hale nawet na meczach drużyn, które u siebie w domu nikogo by nie obeszły. Z tego powodu na łódzki finał się cieszę.

Ale również żałuję, że znów odbędzie się w tym samym miejscu.

Żałuję, bo straciliśmy niepowtarzalną okazję, by zmierzyć się z imperium rosnących w siłę i obwodzie pasa działaczy z Europejskiej Federacji Siatkówki (urzędująca w Luksemburgu CEV). Do połowy stycznia nie mogli oni znaleźć chętnego na organizację - nie chciało jej ani bogate, wspomagane przez swój turystyczny region Trentino, ani pławiący się w petrorublach Zenit Kazań. Wydawało się, że wszystkie kluby, które stać na finał, zawiążą przymierze i zbojkotują jego organizację, który rok w rok kosztuje 250 tys. euro (można uszczknąć 50 tys., jeśli nie skorzysta się z elektronicznych band reklamowych), po 40 biletów VIP, pobyt, przelot, ekskluzywne jadło i wyszynk dla każdego ze sponsorów oraz tabunów samych działaczy.

Dlaczego płacić za prawo bycia gospodarzem, skoro CEV z trudem znajduje chętnych.

Podobno po długich negocjacjach na organizację przystała tylko Skra. Dała prezent szefowi europejskiej federacji, który ponoć chełpi się, że znów dostał tyle, ile sobie zażyczył (wbrew deklaracjom bełchatowskich działaczy). Uratowała twarz CEV-owskich burżujów, choć pewnie więcej by zyskała, gdyby też się zbuntowała.

Także dla prezesa PZPS Mirosława Przedpełskiego, jednego z siedmiu wiceprezesów CEV, była to dogodna chwila, by pokazać prawdziwą siłę. Mając w ręku wszelkie sportowe atuty (trzy medale repre-zentacji w ciągu jednego roku), mocną - jak sam opowiada - pozycję w światowych władzach, szef polskiej siatkówki mógł zwyczajnie postawić weto, np. proponując w zamian nowy system rozgrywek, którego celem nie będzie głównie chęć ograbienia uczestników LM, lecz rozwój, umacnianie prestiżu i możliwość realnej nagrody wzorem futbolowych pucharów.

Na razie w europejskiej siatkówce grabież trwa od lat. Kluby płacą haracze - muszą fundować wycieczki i pobyt tzw. supervisorom z ramienia CEV. Od federacji wymaga się telewizyjnych transmisji z meczów, żądając w zamian od każdej stacji od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro za sezon oraz produkcji w systemach najwyższej jakości (Polacy są w grupie płacących najwięcej). Nawet części tych pieniędzy nie dostają kluby. CEV zagarnęła także wyłączne prawo do najbardziej eksponowanych reklam, a za zwycięstwa i awans do następnych rund rzuca ochłapy.

Jestem pewien, że łódzkie Final Four znów będzie fantastycznie zorganizowane. I że najbardziej upasają się na nim działacze CEV. Może za rok wszystkie kraje, które czują się naprawdę mocne, sitwie z Luksemburga powiedzą wreszcie „dość”.

20:05, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 stycznia 2012

Jestem na urlopie. Ale gazety czytam namiętnie. Dzisiejszy „Przegląd Sportowy” zacząłem od wywiadu z Maciejem Iwańskim, jeśli ktoś nie pamięta, na szczęście byłym już piłkarzem Legii, a nawet reprezentacji Polski. Wywiadem zaczynającym się, dającym nadzieję tytułem „Myślę, czy nie skończyć”...
Dopadłem jak zwierzę. Myślałem, że to prawda najprawdziwsza, że już ogłosił, jak wielką stratę poniesie europejska piłka, że już zapewnił, że już dał słowo, które - niestety - zwykłym szantażem się okazało...

Maciej Iwański, posiadacz wielgachnego brzucha w historii ekstraklasy, niby informuje, że już kończy, a tak naprawdę tylko straszy, że swej „chodzącej” karierze chce powiedzieć „dość”.
Ale on przecież ma tupet, on tylko udaje, on ledwie informuje na potrzeby dziennikarskich pazurów i przyszłego kontraktu - oby nie - w lidze naszej najwyższej...
„W Polsce mówiono, że Iwański jest gruby, bo ktoś kiedyś umiejętnie zrobił zdjęcie [pewnie spreparowane w Fotoshopie - patrz wyżej - red.]. Mój brzuch to już legenda, nic na to nie poradzę, chociaż mówiąc już poważnie, ja nigdy go nie miałem. Przy moim wzroście, na mojej pozycji na boisku, nie grałbym na poważnie w piłkę. Muszę jednak przyznać, że w Turcji czułem się naprawdę dobrze i trochę schudłem, choć jadłem zdecydowanie więcej niż w Polsce”.
Wspomina Pan, że dopuszcza Pan możliwość całkowitej rezygnacji z futbolu. Nie wiem, jak europejski - pewnie poniesie wielką stratę; liczę, że do naszej ligi Pan nigdy nie wróci.
Panie Macieju - tak już reasumując - ja też mam brzuch, wiele większy, całkiem niedawno 88 kg ważyłem, jem pewnie i piję więcej niż Pan. I też w piłkę grać próbowałem, w Borucie Zgierz na licencji nawet. Sportu tykałem wiele - przyznaję - ale na pewno mniej niż Pan, a piszę o nim od 1994 r., jeśli chce Pan to w jakikolwiek sposób podważyć. Jestem od Pana cztery lata starszy, wzrostu mam podobnie jak Pan niewiele i wcale zdrowo się nie prowadzę. Patrząc jednak, jak Pan w naszej ekstraklasie prezentował się raczył, co Pan w poniedziałek w „Przeglądzie Sportowym” butnie zapowiedział, gotów jestem wejść z Panem w zakład niewielki. Jeśli oczywiście wciąż Pan utrzymuje, że sylwetkę ma Pan jak Cristiano Ronaldo.
Proponuję zawody.
Zakładam, że czasu ma Pan wiele, bo klubu nowego wciąż Pan poszukuje, więc liczę, że i zakład przyjmie Pan honorowo. Niech Pan wybierze dystans, na którym zmierzyć byśmy by się mogli, ja załatwię resztę - profesjonalnych sędziów i miejsce zawodów. Stawiam swoją miesięczną pensję w Gazecie Wyborczej, Pan niech postawi tureckie zarobki, które ponoć większe (za „Przeglądem Sportowym”) niż w Legii były. Jeśli wygram, na cele charytatywne przekażę, Pan niech uczyni z wygraną, co chce, choć liczę, że i na ten sam cel przekaże.
Rzucam Panu fit-rękawicę, liczę honorowe przez Pana przyjęcie zakładu.

01:02, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (11) »
środa, 11 stycznia 2012

Z żalem oglądałem w środę siatkarki Atomu Trefla Sopot, które w Lidze Mistrzów zbierały cięgi od rosyjskiego Dynama Kazań. Z jeszcze większym współczuciem patrzyłem na smutne buzie znanych na świecie gwiazd w niebiesko-zielonych strojach, które miały stworzyć potęgę zdolną triumfować nie tylko w Polsce, ale i w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie.

Nawet wytrawnym kibicom tego sportu trudno zrozumieć, co w ostatnich tygodniach dzieje się w Sopocie. Dlaczego sportowy krezus wsparty wielomilionowym budżetem potężnej państwowej Polskiej Grupy Energetycznej zalega siatkarkom z wypłatami, a jego działacze mówią o budżetowej dziurze? Czemu w niejasnych okolicznościach odchodzą z klubu prezes Konrad Piechocki, jego zastępca Grzegorz Stawinoga oraz dyrektor sportowy Marek Brandt? Na jakiej podstawie prezydent Sopotu Jacek Karnowski, a później jeden z głównodowodzących klubem Kazimierz Wierzbicki rzucają oskarżenia o niegospodarności i marnotrawstwie w Atomie Treflu? Jaki wpływ na ten bałagan miała dymisja szefa całej grupy PGE Tomasza Zadrogi i dlaczego losy klubu sportowego zależą od jednej osoby, skoro kontrakt sponsorski podpisano na dłuższy czas? Czemu wreszcie najlepsza zawodniczka Turczynka Neriman Ozsoy bez problemu rozwiązuje kontrakt, podając za powód, że nie ma już w klubie osób, z którymi rozpoczynała pracę? 

Drużyna Atomu Trefl wzniecała niezdrowe emocje, jeszcze zanim powstała. Zamiast wywalczyć awans na boisku, kupiła miejsce w lidze od biedniejszego klubu z Piły, a później bez opamiętania zatrudniała nie tylko krajowe, ale przede wszystkim zagraniczne gwiazdy z Amerykankami i Niemkami w roli głównej. Szef PGE chciał wybierać komentatorów telewizyjnych w Polsacie, a wszystkich, którzy Atom Trefl śmiali się skrytykować, uważał za wrogów polskiego sportu.

Mimo to fani w Polsce zaakceptowali siatkarski twór z Sopotu, a nawet zaczęli mu kibicować. Nie na długo, bo teraz okazuje się, że była to jakaś półtoraroczna, polityczno-finansowa gierka za wielkie pieniądze. Straciły na niej nie tylko siatkarki, które teraz nie dostają pensji, ale cała PlusLiga Kobiet, której symbolem miał być budowany z publicznych funduszy Atom Trefl. Straciła przede wszystkim grupa PGE, która z wiarygodnego mecenasa polskiego sportu stała się symbolem niewypłacalności i niekonsekwencji.

Jeśli firmie tej - a na sport wydawała latami jak mało kto - zależy, by odzyskać twarz, powinna wraz z nowymi władzami klubu przeprowadzić wnikliwy audyt, a później poinformować o wynikach kontroli kibiców, którzy dziś słusznie podejrzewają, że ktoś nieźle zabawiał się za publiczną kasę.


 

21:49, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Komentarze (3) »

Wracamy po świąteczno-noworocznej przerwie z Magazynem Siatkarskim. Dziś paląca kibiców sprawa Atomu Trefla Sopot, o wyróżnieniu dla Bartosza Kurka oraz o kłopotach warszawskiej Politechniki. Polecam i zapraszam do dyskusji.

Rozsypuje się budowana na potęgę drużyna siatkarek z Pomorza - Atom Trefl Sopot. Odszedł prezes Konrad Piechocki, wiceprezes Grzegorz Stawinoga, dyrektor sportowy Marek Brandt, najlepsza zawodniczka Neriman Ozsoy, trener ledwie trzyma się stanowiska, a prezydent miasta mówi o niegospodarności. Wielkie pieniądze na ten klub przekazywał od półtora roku państwowy koncern PGE, teraz w finansach jest ponoć wielka dziura, a wszystko runęło po wyborach, kiedy zdymisjonowano szefa PGE Tomasza Zadrogę. - Nie wiadomo, o co chodzi, to wyjaśni audyt - mówi Jerzy Mielewski z Polsatu. - Robi to bardzo zły wizerunek przede wszystkim kobiecej siatkówce w Polsce - dodaje Wojciech Drzyzga i apeluje, by nie dotykać się do drużyny Anrei Anastasiego po wspaniałym roku męskiej siatkówki i nagrodzie wicesportowca roku dla Bartosza Kurka.

PS Dziś o 14 w Polsacie Sport mecz Atomu w Kazaniu w fazie grupowej LM. Komentujemy razem z Wojciechem Drzyzgą. Zapraszamy.



09:38, iwanczyk_gw_sport.pl
Link Dodaj komentarz »



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco