|
sobota, 12 maja 2012
W okresie podsumowań minionego sezonu T-Mobile Ekstraklasy furorę robią wszelkiego rodzaju analizy, cenzurki. A że Legia jest największym przegranym tego sezonu, to i eksperci biorą się za jej zespół najczęściej. Oto Zbigniew Boniek, który opowiada portalowi www.weszlo.com, co sądzi o gwiazdorze klubu z Łazienkowskiej Danjelu Ljuboi.
Właściwie na tym powinien zakończyć wpis, ponieważ Boniek potwierdził w każdym słowie to, co dostrzegła niewielka grupa ludzi obserwujących ligę. Niestety dla Legii, spostrzeżenia te miała tylko garstka ludzi, którzy w klubie mają coś do powiedzenia. Reszta ochoczo przedłużyła z nim kontrakt na kolejny rok. Zobaczymy, jak będzie w nowym sezonie, kiedy np. przyjdzie nowy trener i odstawi go od składu. Że Ljuboja da wszystkim popalić, zapowiedział niejako na gali Ekstraklasy, kiedy demonstracyjnie odwracał się tyłem podczas dekoracji. Z niesmakiem wspominali o tym później goście z innych klubów. W Legii nikt nie zwrócił na to uwagi. PS Brawa dla najmłodszego w składzie Legii Rafała Wolskiego. Przy rzucie wolnym w meczu z Koroną Kielce, po którym padł gol, Serb chciał zabrać piłkę i strzelać samemu, mimo nieudanych wcześniejszych prób. Młody, z pewnością przyszły reprezentant Polski, postawił na swoim, bo tak ustalił na odprawie trener.
środa, 09 maja 2012
Z wielu powodów marna to dla mnie satysfakcja. Pamiętam, z jaką zapalczywością prezes Paweł Kosmala przekonywał mnie, że nie mam racji, pisząc o aneksowanej umowie trenera Macieja Skorży. Że prezes Mariusz Walter o wszystkim wie, kontrakt został przedłużony za jego zgodą, etc. Wciąż utrzymuję, że się nie myliłem, tak jak uważam, ze wczorajsze zmiany w Legii to nie tylko kremlowskie roszady – jak nazwali je kibice. Kosmala poleciał za Skorżę i naiwne przedłużenie z nim kontraktu na kolejny sezon przed metą rozgrywek. To był biznesowy samobój, który kosztuje ponad milion złotych i trudno obronić go także od strony psychologicznej. Wątpię, by szkoleniowiec poczuł się wzmocniony przed kluczowymi meczami o mistrzostwo, co najwyżej bliższe realizacji stały się jego plany mieszkaniowe na Wilanowie. Nie wiadomo, czy to koniec zmian i co ma w głowie nowy zarządca Legii Wojciech Kostrzewa. Bo to on, a nie Piotr Zygo przejął de facto stery w klubie z Łazienkowskiej. Czy dalej będzie ścinał głowy, czy też zostawi w klubie tych, którym na Legii naprawdę zależy? Wszystko wskazuje na to, że na razie to koniec rewolucji. Jedyne, jakie mogą jeszcze nastąpić, dotyczą trenera. Do końca maja działacze mają uradzić, co dalej ze Skorżą. Albo będą do tego czasu szukać następcy, a jeśli go nie znajdą, bądź znów będzie zbyt drogi, zostawią dotychczasowego szkoleniowca. Albo już zdecydowali, że Skorża zostaje, tylko chcą przeczekać napięcie kibiców i ogłosić decyzję w gorączce przed Euro. Co do Skorży, na poniedziałkowej gali Ekstraklasy usłyszałem od kilku osób, że szkoleniowca Legii wyjątkowo nie lubię, dlatego tak zapalczywie go atakuję. Nic z tych rzeczy – podczas dekoracji zrobiło mi się go autentycznie żal. Zresztą sympatie nie mają tu żadnego znaczenia, a tak po prawdzie nie znam trenera w ogóle. I być może tym łatwiej spojrzeć mi na jego drugi rok pracy w Warszawie, w którym znów nie obronił się wynikami, mimo PR-owych komunikatów o całkiem udanym sezonie. Przede wszystkim zmarnował szansę, jaka może nie przytrafić się Legii przez 17 kolejnych lat. Także inne wydarzenia na korzyść trenera nie świadczą – jego zachowanie przed rokiem, kiedy działacze wybrali na następcę trenera Weissa, a z przyczyn finansowych zachowali status quo (bez zastanowienia pozostał); kibice, którzy lżą teraz wszystkich tylko nie jego (jakiś powód pozasportowy chyba jest, skoro we wszelkich sondach domagają się jego odejścia); Serbów, którzy zasłużyli sobie na szczególne traktowanie (Ljuboja i Radović już zupełnie przeszli na indywidualny tok zajęć); brak porozumienia z kluczowymi osobami w klubie (m.in. z Markiem Jóźwiakiem), etc. Jeśli trenera zmienią, wydaje się, że najrozsądniejszą opcją jest trener zagraniczny. Jeśli chcieliby jednak Polaka, jest tylko jedno rozwiązanie – Waldemar Fornalik. Trener ten przedłużył co prawda kontrakt z Ruchem, ale ponoć na warunkach na tyle dogodnych, że może przy niewielkim odszkodowaniu go zerwać. Już słyszę te opinie, że sobie nie poradzi, bo do Legii trzeba mieć żelazną rękę, niezniszczalną psychikę i niespotykaną charyzmę. No to od razu odpowiem, że to jedyny szkoleniowiec w Polsce, który został przy własnym zdaniu nie łaszcząc się na miliony Józefa Wojciechowskiego z Polonii. Nie dał sobie dmuchać w kaszę także innemu chimerycznemu prezesowi – Sylwestrowi Cackowi z Widzewa. Z obu tych klubów odchodził i w obu tych klubach go żałują do dziś. A co do charyzmy, nie sztuką jest pięknie opowiadać. Wystarczy, że opowiadają o nim inni. Piłkarze Ruchu, z którymi niespodziewanie sięgnął po wicemistrzostwo Polski, nie dadzą powiedzieć o nim złego słowa. Mimo że wcale sielanki ze strony szkoleniowca nie zaznają.
poniedziałek, 07 maja 2012
Zapraszam na ostatni w tym sezonie ligowym Magazyn Ekstraklasy. - Śląsk został zasłużonym mistrzem. Ruch z kolei to świetna drużyna bez gwiazd, ze świetnym trenerem Fornalikiem. Nad Legią niech siądą ludzie ze sztabu szkoleniowego i zastanowią się, dlaczego przegrali tytuł - mówi Andrzej Strejlau. - Zastanówmy się, czy liga jest coraz silniejsza, że mieliśmy tak zaciętą końcówkę. Bo w innych krajach o tytule decydują mecze na szczycie, u nas spotkania ze słabeuszami - twierdzi Stefan Majewski i uważa, że jeśli Śląsk nie zainwestuje teraz w drużynę, straci wszystko. - Legia przegrała mistrzostwo w siedmiu ostatnich kolejkach. Nie zasłużyła na nie. Brakowało jej liderów i taktyki. Zawiedli mnie Skorża, Radović i Ljuboja. Patrzę na tego ostatniego, a on hasa po boisku wszędzie gdzie chce. Przeszkadza wszystkim, którzy mają piłkę. W Borussii Lewandowski nie wraca po piłkę do defensywnego pomocnika, tam wszystko jest poukładane - dodaje Cezary Kucharski.
niedziela, 06 maja 2012
To był niewiarygodny sezon. Na poziomie emocji chyba najbardziej spektakularny od 15 lat, kiedy mistrzostwo rozstrzygnęło się w fascynującym meczu Legia - Widzew (2:3). Tak zaciętej ligi nie mieliśmy jednak od dziesięcioleci - z nieustającymi zawirowaniami faworytów, zawodem najbogatszych i błyskiem solidności biednych oraz aż pięcioma kandydatami do mistrzostwa na dwie kolejki przed końcem. Nawet dla największych wygranych meta szalonych w tym sezonie rozgrywek nie oznacza jednak euforii i spokojnego planowania przyszłości. Od mistrza do spadkowiczów - co do jednego wszyscy z nich zmierzą się z największymi od lat problemami, okrajaniem budżetu, redukowaniem kadry i cierpieniem za własne, nietrafione decyzje. Sielanki nie zazna nawet mistrz. We Wrocławiu lada moment znów zetrą się dwie właścicielskie racje - polityczna i biznesowa. Z jednej strony hojni politycy, którzy po kolejnym sukcesie marzą nawet o Lidze Mistrzów i gotowi są z miejskiej kasy rzucić kolejnymi milionami, by klub oddłużyć (zaległe premie dla piłkarzy), a później wzmocnić. Z drugiej - zimna kalkulacja Zygmunta Solorza, który w futbol chce się wciąż bawić, ale dopiero po wyjściu na prostą. Skoro oszczędza na Polsacie i Polkomtelu, nie zamierza sypać z sakiewki bez opamiętania na futbol, zwłaszcza że w tym biznesie zminimalizować ryzyko chyba najtrudniej. Mgliste perspektywy mimo wyniku ponad oczekiwania mają w Chorzowie. Jest co prawda nowy sponsor (Węglokoks), ale nie na tyle pochłonięty wizją europejskich pucharów, by wyłożyć solidny grosz na poważne wzmocnienia. A wśród drużyn z czołówki chorzowianie potrzebują ich najbardziej, bo kadrę mają najwęższą ze wszystkich (przez cały sezon trener Waldemar Fornalik skorzystał zaledwie z 23 piłkarzy), która może zostać dodatkowo solidnie przetrzebiona transferami, np. Macieja Jankowskiego. Na razie Ruch nie ma też stadionu godnego wystawienia na europejskie salony, a szkoleniowiec - mimo że przedłużył kilka tygodni temu kontrakt - wciąż jest pożądany przez bogatszą i zdolną wypłacić odszkodowanie za zerwanie umowy konkurencję. Lech w tej gromadce jest w najlepszej sytuacji, bo wywalczone rzutem na taśmę puchary - jak przed dwoma laty - mogą uratować mu budżet. Szefom klubu zostanie jeszcze niewielkie sprzątanie szatni, ale to i tak nic w porównaniu z gorącym kartoflem, z jakim został w rękach właściciel Legii Mariusz Walter. Jego klub bez mistrzostwa Polski nie jest już atrakcyjnym towarem dla nowego inwestora, a wizja odzyskania zainwestowanych pieniędzy poprzez zyski z Ligi Mistrzów oddaliła się bezpowrotnie. Dodatkowo ponadmilionową roczną pensją obciąża budżet trener, z którym współpracownicy Waltera bezwarunkowo - a teraz można dodać już, że bezmyślnie - przedłużyli kontrakt na długo przed finałem rozgrywek. Dopóki Maciej Skorża - który co prawda zdobył Puchar Polski, ale pokonując m.in. takie przeszkody, jak: rezerwy Rozwoju Katowice, Gryf Wejherowo czy Arka Gdynia - sam nie zrezygnuje, będzie największym problemem Legii, która będzie miała jesienią albo szkoleniowca bez autorytetu (Skorża tracił go u piłkarzy i kibiców z kolejki na kolejkę), albo kolejną finansową wyrwę. Niepokojące, jak zwykle zresztą w przypadku Legii, są gigantyczne kary wydawane za rozróby na trybunach. Dziś kolejny raz na boisko spadły petardy, w czwartek doszło także do kolejnego bezprecedensowego wydarzenia: kilka samochodów, a w nich kilkanaście osób czekało w nocy pod Warszawą na wracających po klęsce w Gdańsku piłkarzy i ich trenera. Sceny były ponoć jak z gangsterskich filmów - z zajeżdżaniem drogi autokarowi, a już później bluzgami i groźbami. Spory zgryz ma Józef Wojciechowski, właściciel Polonii, który ogłosił rozstanie z futbolem, ale wpierw musi znaleźć chętnego, który biznes z Konwiktorskiej od niego przejmie. Na razie nikt się nie kwapi. Dziś o godz. 19 zakończyliśmy sezon 2011/2012. Od tego momentu czas myśleć o kolejnym, być może najtrudniejszym w ostatnich latach. Być może liga znów będzie nieprzewidywalna jak teraz, ale oby nie wynikała tylko ze słabości i kłopotów oraz licytacji, kto swoje problemy zniesie najmniej dotkliwie.
środa, 02 maja 2012
Jak pisałem wczoraj, nie było zaskakująco i nietrudno było wytypować 26-osobową kadrę na Euro. Więcej emocji wzbudził konkurs na turniejową piosenkę, w którym zwyciężyło bliżej nie określone „Koko, spoko, coś tam coś tam, ej tam, ej tam”... Wracając do piłkarzy nie popełniam tego wpisu, by chwalić się celnością swoich wyborów. Proponuję, by 2 maja - oprócz Dnia Flagi, Dnia Wyboru Kadry, etc - stał się dniem, w którym przestaniemy rozmawiać wreszcie o Borucu, Żewłakowie, Peszce, Kuszczaku i innych, których Franciszek Smuda nie zabrał. Nie twierdzę, że selekcjoner jest nieomylny, nie uważam, że wszyscy wymienieni na Euro by się nie przydali (najbardziej pewnie Żewłakow), ale to Smuda dokonał wyboru i on za ten wybór głowę straci lub zostanie mu ona koronowana. Niech żaden z tych, których nazwiska dziś wyczytano, nie poczuje się jak kiedyś za Engela Sibik czy za Beenhakkera Pazdan - obśmiewani, postponowani, nikomu niepotrzebni. Może właśnie Kamiński, Wolski czy Kucharczyk staną się bohaterami Euro. A może to „farbowane lisy”: Perqius, Polański, Boenisch czy Obraniak (trzech z nich ma pewne miejsce w składzie) powiodą do triumfów, jakich w króciuteńkiej historii naszych występów ME nigdy nie przeżyliśmy. Daleki jestem od idealizowania Smudy i jego wybranków, odezw „wszystkie ręce na pokład”, itd. Kopmy ich, obsobaczmy - jeśli zasłużą - dopiero po turnieju, ale nie podkładajmy im nogi, kiedy zbierają się, by pokonać pierwszą przeszkodę.
wtorek, 01 maja 2012
Zająłem dziś selekcjonerowi 45 minut, by porozmawiać o kadrze na Euro. Za nic nie chciał podać nazwisk, na Podzamczu ma być efektownie i uroczyście, więc i tajemniczo. Na pewno jednak nie będzie zaskakująco, bo po kilku sugestiach trenera łatwo wyłonić 26 ludzi, którzy pojadą na zgrupowanie do Austrii.
Zaskakująco wypadł za to sam selekcjoner. Przez całą rozmowę nie dała o sobie znać żadna z jego przywar, wyszedł z niego selekcjoner pełną gębą, z którego raczej bije sprawiedliwość, a nie małostkowość. Facet, który ma poczucie misji, zdaje sobie sprawę, ile Euro znaczy dla polskich kibiców, ale nie „odlatuje”, mając wpływ na wybór naszych reprezentantów na imprezę stulecia. Nie mam zamiaru przekonywać, że Franciszek Smuda to teraz postać idealna. Zdarzy się pewnie nie raz, że znów coś chlapnie, porazi niepoprawną polszczyzną lub będzie niekonsekwentny, do czego nas przez kilka miesięcy przyzwyczajał. A może teraz - kiedy już nie będzie można dokonać znaczących korekt - chcę widzieć trenera reprezentacji piłkarskiej, z którym dyskutuje się o futbolu, a nie o ekscesach, wykluczeniach i niedotrzymanych obietnicach. Nasz wywiad ukaże się w środowej Gazecie Wyborczej, Smuda jawi się w nim jako selekcjonera. Wkleję poniżej kilka jego fragmentów, a na koniec wytypuję tych, których nazwiska padną podczas środowej gali. Wpiszcie swoje typy, zobaczymy, kto będzie najbliżej.
Bramkarze. 1. Szczęsny, 2. Tytoń, 3. Fabiański. Obrońcy 4. Piszczek, 5. Wasilewski, 6. Perquis, 7. Glik, 8. Kamiński, 9. Wawrzyniak, 10. Boenisch, 11. Wojtkowiak. Pomocnicy i napastnicy 12. Jodłowiec, 13. Dudka, 14. Polański, 15. Murawski, 16. Matuszczyk, 17. Błaszczykowski, 18. Kucharczyk, 19. Obraniak, 20. Wolski, 21. Mierzejewski, 22. Grosicki, 23. Rybus, 24. Lewandowski, 25. Brożek, 26. Sobiech.
sobota, 21 kwietnia 2012
Że wiosenne hity ekstraklasy okazują się zwykle kitami, wiemy od kilku już szumnie zapowiadanych spotkań. Że Lech przyjedzie do Warszawy, by oddać trzy celne strzały na bramkę, też mogliśmy się spodziewać. Ale że Legia, która wielu tygodni prowadzi w tabeli i jest faworytem do mistrzostwa Polski, zagra tak fatalnie, tego chyba nikt z ponad 20 tysięcy kibiców się nie spodziewał. Jest jeszcze jedna rzecz, która przepadła gdzieś między rozważaniami, kto doczłapie w tym sezonie do tytułu: to nie jest zwykła porażka, a porażka z Lechem, w jednej z najbardziej prestiżowych rywalizacji naszej ekstraklasy. To dla drużyny z Warszawy w jakiś sposób policzek, o czym kibice na trybunach doskonale wiedzą i słusznie się z tego powodu irytują. Piłkarze i trener na aż tak przygnębionych nie wyglądali. Utarło się już, że nikt nie chce zdobyć mistrzostwa Polski, dlatego z pewnością sięgnie po nie Legia, która ma najrówniejszy, najstabilniejszy i najmocniejszy skład, dogodny układ gier, najlepiej wynagradzanych piłkarzy i trenera, który od dłuższego czasu może pracować w tak komfortowych warunkach, jak mało kto. Takie prognozy jednak zobowiązują, a dziś legioniści pokazali dokładnie to, co przez sześć ostatnich kolejek, kiedy to odnieśli zaledwie jedno zwycięstwo, pięć razy zremisowali aż wreszcie przegrali. Statystyka w sobotnim przemawia za Legią - posiadanie piłki, strzały, dryblingi, rzuty rożne. Punkty jednak jadą do Poznania. Ani zasłużenie, ani niezasłużenie. Rzecz w tym, że to porażka w meczu, który kibice ochrzcili polskimi Grand Derbi, a Lech stał się drugą po Polonii drużyną z czołówki, z którą drużyna Skorży ma ujemny bilans. Mimo to Legia to wciąż faworyt nr 1 do mistrzostwa. Jeśli zaprzepaści tę szansę, będzie to największa ligowa wtopa ostatnich lat.
piątek, 20 kwietnia 2012
Zapraszam na Magazyn Ekstraklasy zapowiadający 27. kolejkę. Całkiem nowy, odświeżony, w nowej scenerii, ale wciąż bardzo ciekawy. Na tapecie przede wszystkim mecz Legii z Lechem. - Legia spręża się na ważnych przeciwników, ale to będą piłkarskie szachy, bo podoba mi się trener Rumak z Lecha. Może i Zbigniew Boniek mówi o nim źle, ale to dla mnie żaden autorytet - twierdzi Cezary Kucharski. Andrzej Strejlau uważa, że brak kibiców z Poznania to szkoda dla widowiska. - Rozsądniej, żeby ci ludzie siedzieli na stadionie niż protestowali przed nim - uważa. - Wojewoda musiał mieć argumenty, skoro wydał taką decyzję. Jeśli to święto ma wyglądać tak, że jedna strona będzie wyzywała drugą, przeklinała, rzucała race, to ja nie będę tęsknił za kibicami - ripostuje Kucharski. Największym smaczkiem piątkowego hitu Polonia - Ruch to przyjazd trenera Waldemara Fornalika. - To będzie mecz o europejskie puchary, których Polonia bardzo potrzebuje - uważa Kucharski. O życie walczy w piątek Cracovia.
środa, 18 kwietnia 2012
Napisałem we wtorek o tym, że Legia przedłużyła kontrakt z trenerem Maciejem Skorżą, choć oficjalnie wciąż z nim negocjuje. Oczywiście spodziewałem się, że klub zaprzeczy, bo przecież nie wypada PR-owo najlepiej, jeśli coś z klubu wycieka, w dodatku sprawa, która pracowników i zarządców lidera T-Mobile Ekstraklasy w jakiś sposób dzieli. Jakkolwiek by nie ubierał tego w słowa zarząd klubu (że obowiązuje obecny kontrakt, bo przecież podpisano doń jedynie aneks, etc), potwierdzałem wszystkie informacje w dwóch znaczących źródłach legijnych. Pan Prezes Kosmala uważa, że w żadnym oficjalnym, bo takim jest jedynie on sam, ale gdyby tylko na nim - zainteresowanym w sprawie - polegać, wciąż nie wiedzielibyśmy niczego. Mógłbym co prawda napisać kolejne szczegóły, które informacje te jeszcze bardziej uwiarygodnią, ale naraziłbym na szwank osoby, który mi to przekazywały. Reasumując, Skorża zostanie w Legii bez względu na to, czy zdobędzie mistrzostwo Polski. Nawet jeśli w ogóle nie zakwalifikuje się do pucharów, teraz włos mu z głowy nie spadnie, bo umowa została przedłużona (przepraszam, aneksowana). A jeśli spadnie, właściciel słono mu za to zapłaci i to mu się zwyczajnie nie podoba. Utrzymuję też, że w umowie nie ma zawartych warunków sportowych (PR-owe "zabezpieczenie interesu klubu" jest sprawą tak względną jak ocena smaku dania), zresztą wystarczy przeczytać fragmenty oświadczenia Legii, w którym działacze niby zaprzeczają mojemu wpisowi, a tak naprawdę do zwartych w nim faktów się przyznają. - Klub podpisał z trenerem jedynie aneks do obecnej umowy, która nadal obowiązuje do końca sezonu 2012/13. Postanowienia aneksu mają związek z wysoką oceną pracy trenera Skorży i osiągnięciami sportowymi kierowanej przez niego drużyny. Przypomina mi to wszystko sytuację z Wisłą Kraków sprzed kilku tygodni, kiedy Mateusz Borek poinformował, że po przyjściu do klubu Michała Probierza szykuje się przewrót na dyrektorskich stołkach, a ja napisałem na blogu, że wróci do Wisły Patryk Małecki. Pamiętam tamto oburzenie ówczesnego prezesa Bogdana Basałaja, który zapewniał mnie, że to niemożliwe pod żadnym pozorem. Pamiętam też reakcje kibiców, którzy chcieli, byśmy odszczekiwali podane informacje. Co prawda odwlekło się to nieco w czasie, ale skończyło tak, jak Mateusz mówił, a ja pisałem. Teraz podobnie kończy się w Legii w sprawie Skorży. Reakcji klubu się nie dziwię - chcieli wzmocnić szkoleniowca przed kluczowymi meczami, ale z ogłoszeniem czekali do końca, by ubrać to w odpowiedni komunikat. Przyznacie, że głupio wyjdzie, kiedy najważniejsze trofea przeciekną trenerowi przez palce, a ten i tak zostanie w klubie przynajmniej na kolejny sezon.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Negocjacje z trenerem Legii Maciejem Skorżą to fikcja. Nowa umowa została podpisana około dwóch tygodni temu. Na dwa lata, bez żadnych warunków. I właśnie za to wściekły na prezesa klubu jest właściciel Legii Mariusz Walter. Działacze Legii stopniują emocje. W poniedziałek poinformowali o nowej umowie napastnika Danjela Ljuboi. O porozumieniu ze Skorżą milczą, choć zostało one zawarte kilkanaście dni temu. A papiery zostały podpisane. Dotychczasowy kontrakt wygasał latem 2013 r. Ale Legia mogła go jednostronnie zerwać po obecnym sezonie, jeśli drużyna nie sięgnęłaby po mistrzostwo Polski. Mimo to podjęto negocjacje z trenerem, które w oficjalnej wersji wciąż się przeciągają. Tak naprawdę trwały krótko, tym bardziej że szkoleniowiec kupił (kupuje) ponoć mieszkanie w modnej warszawskiej dzielnicy i chce się związać ze stolicą na dłużej. Według dwóch legijnych źródeł, sumy na umowie są takie same jak dotychczas. Jest jednak mała różnica w porównaniu z poprzednią wersją - nie ma w niej żadnych warunków ze strony klubu. Mówiąc krótko, Legia może zajmować nawet ostatnie miejsce w T-Mobile Ekstraklasie, a po zwolnieniu klub i tak będzie musiał wypłacić szkoleniowcowi wartość całego kontraktu. Skorża związał się z Legią na kolejne dwa sezony. Orędownikiem kontraktowych zapisów był prezes klubu Paweł Kosmala, który przekonał zarząd, że trenera trzeba wzmocnić przed decydującymi meczami, zwłaszcza że osłabiono mu przed rundą zespół, sprzedając Ariela Borysiuka, Macieja Rybusa i Marcina Komorowskiego. Dlaczego wciąż nie poinformowano o tym kibiców, nie wiadomo. Poinformowano rzecz jasna właściciela klubu Mariusza Waltera, który - jako szef dużej korporacji - szeroko otworzył oczy na zupełnie bezwarunkowy kontrakt trenera w czasach, kiedy klub miał oszczędzać i oddawać zainwestowane przez właściciela pieniądze. Mówiąc wprost Walter wściekł się na hojnego prezesa. Skorża oczywiście zadowolony jest z takiego obrotu spraw. Latem, bez względu na ostateczne wyniki tego sezonu, zamierza żądać wzmocnień. Jego zdaniem, niektóre formacje Legii są dużo słabsze niż np. drużyn zajmujących miejsce w dolnej części tabeli.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Mocny zestaw gości, to i Magazyn Ekstraklasy ciekawy. Aleksandar Vuković odpowiada, czy jego Korona Kielce kipi agresją i nastawiona jest tylko na walkę. Potwierdza, że 17 żółtych i trzy czerwone kartki w meczu z Zagłębiem sędzia pokazał w większości słusznie. Opowiada też, kto skopał drzwi sędziów w przerwie meczu z Zagłębiem Lubin, na co szef arbitrów chce odpowiedzieć procesem. - Nie wiem, skąd ta awantura, to nasze drzwi i my za ich naprawę poniesiemy koszty - mówi Vuković. Najbardziej doświadczony piłkarz Korony zdecydowanie staje za trenerem Smudą w sprawie Peszki i czeka, kiedy Polonia będzie na sprzedaż i nikt nie będzie chciał jej kupić. Jacek Zieliński zdradza, kogo w meczu Podbeskidzie - Śląsk oglądał selekcjoner. W ostatnim odcinku Vuko ostro o Polonii i jej szefie Józefie Wojciechowskim: - Polonia nie jest moim ulubionym klubem i nie widzę dla nich jakiegoś pozytywnego scenariusza. Czekam na taką ich porażkę, po której trudno będzie znaleźć dla nich kupca - mówi Vuković.
sobota, 14 kwietnia 2012
Już za kilka godzin kolejna ekstraklasowa odsłona walki o mistrzostwo Polski. Wieczorny mecz Widzewa z Legią już zapowiadaliśmy, czas na opinie przed zbliżającymi się spotkaniami w Bielsku-Białej i Krakowie. Czy Śląsk, po wygranej z Bełchatowem, znów zwietrzył szansę na mistrzostwo? Jego szansę przed sobotnim, wyjazdowym meczem z Podbeskidziem oceniają goście Magazynu Ekstraklasy. - Przy tak kiepskiej grze wrocławianie wciąż mają szansę na tytuł. Tym bardziej że Legia ma ostatnio przetrzebiony skład. Jak będzie z Podbeskidziem? Drużyna ta rozdaje ostatnio punkty, co może nie być bez znaczenia - mówi Tomasz Łapiński. - Śląsk gra źle, bo tragicznie spisują się jego obrońcy: Fojut oraz Pietrasiak. Zawodzi także zmieniana co chwila przez trenera linia pomocy. Panuje totalny bałagan, zawodnicy nie bardzo wiedzą jak grać. Cała drużyna gra jak ŁKS, Cracovia - mówi Dariusz Dziekanowski. - Albo jeszcze brzydziej - dodaje Łapiński. W sobotę zagrają także Wisła z ŁKS. - Jestem zaskoczony, że nie układa się trenerowi Probierzowi. Stracili właśnie ostatnią szansę na występy w Europie przez Puchar Polski - dziwi się Dziekanowski. - Z ŁKS Wisła sobie poradzi. Dla łodzian to za wysokie progi - dodaje Łapiński.
piątek, 13 kwietnia 2012
Zapraszam Was na cotygodniowy Magazyn Ekstraklasy. 26. kolejkę zapowiadamy z Dariuszem Dziekanowskim i Tomaszem Łapińskim. Czy mecz Widzewa z Legią zdecyduje o mistrzostwie Polski warszawskiej drużyny? Zdaniem gości będzie trudno, bo lider zagra bez trzech piłkarzy, w tym najlepszego w lidze obrońcy Michała Żewłakowa. - Trener Maciej Skorża popełnił błąd ryzykując jego występ w Pucharze Polski. Wiedział przecież, że nie do końca jest zdrów, a mimo to bał się słabej nawet poza ekstraklasą Arki i postawił na niego - mówią goście w studio. W meczu w Łodzi faworyta nie widzą, bo przy meczach Widzewa z Legią tabelę i aspiracje obu drużyn można wyrzucić do kosza. Boisko z reguły pokazuje co innego. Dziekanowski uważa też, że Legia jest na czele przede wszystkim dzięki słabości rywali. Zapowiadamy również piątkowe mecze GKS Bełchatów z Jagiellonią i Korony z Zagłębiem. Pozostałe odcinki magazynu w sobotę i niedzielę, a gośćmi poniedziałkowego będą Aleksandar Vuković i Jacek Zieliński (asystent trenera Smudy).
czwartek, 12 kwietnia 2012
Wiążący nogi rywalom Zbigniew Boniek to jedno z moich pierwszych, świadomych kontaktów z piłką. Czy to w reprezentacji, czy to w Juventusie, z czego bardziej niż tragiczny finał z Liverpoolem, utkwił mi w pamięci mecz ćwierćfinał ze Spartą Praga (także dlatego, że pierwszy raz widziałem pomarańczową piłkę). Uniesiony nie tylko genialnym golem po uderzeniu piętą z Bayernem, ale pełny doświadczeń z pilnego śledzenia jego kariery na boisku i poza kulisami, wiem, że idol sprzed lat znajduje następcę. Że jest nim Robert Lewandowski.
Zapisana blisko 30 golami w Bundeslidze i 13 bramkami dla reprezentacji kariera nawet nie 24-letniego piłkarza, każe widzieć w nim multirekordzistę pod każdym względem. Nie tylko statystycznym, ale także jako bohatera najwyższego w historii naszej piłki transferu, zdobywcy największych trofeów, daj Bóg także bohatera Euro. Wskazują na to jego dotychczasowe losy, zapowiada przede wszystkim powaga, z jaką Robert podchodzi do piłki. Prywatne sesje z dietetykiem, opracowana przez specjalistów związanych z najlepszymi piłkarzami w Europie suplementacja oparta na kilkunastu produktach dziennie, systematyczne badania krwi, kąpiele odkwaszające (!), właściwie każdy elemencik, którym można pomóc sobie w karierze. Na naszym futbolowym rynku - przyznacie - rzecz niespotykana. A to wszystko przenosi się na każdy mecz, każdy błysk Polaka. Pytanie tylko, co dalej. W Borussii Lewandowski dotyka właśnie sufitu. Jeśli chce się piąć - a wiem, że ma zamiar dokonać tego, co przed laty Boniek, Młynarczyk, Dudek i w niewielkim stopniu Kuszczak w Pucharze Mistrzów - klub z Dortmundu może okazać się dla tego celu „za mały”. Jestem pewien, że po środowym meczu spekulacji na temat transferu Polaka, bądź nowego kontraktu w Dortmundzie, będzie jeszcze więcej. Bliżej jednak tego pierwszego, bo prawda jest taka, że bawarczycy, którym wczoraj Lewandowski sprzątnął mistrzostwo, chcą go, kuszą i kusić będą wciąż. I to za wiele większe pieniądze niż dotychczas. Kariera Roberta zaplanowana jest w najdrobniejszych szczegółach. Pamiętam, jakie były jego plany, kiedy przechodził ze Znicza Pruszków do Lecha, jakie perspektywy kreślili wraz z menedżerem Cezarym Kucharskim na dwa, cztery i kolejne lata. Zdaje się, że właśnie przychodzi czas na kolejny krok. * * * W związku z popisem Lewandowskiego dodatkowego pecha w swojej tragicznej sytuacji ma Sławomir Peszko. Kilka chwil przed meczem Borussia - Bayern selekcjoner definitywnie skreślił go z kadry, po meczu napastnik z Dortmundu upomniał się co prawda o łaskę dla kolegi (wcześniej zrobili to telefonicznie w rozmowie z trenerem Jakub Błaszczykowski i Rafał Murawski), ale już jutro o Peszce nikt dyskutował nie będzie. Decyzja Franciszka Smudy przejdzie bez echa, bo mam nadzieję wszyscy zajmą się genialnym występem Polaków w starciu z bawarczykami lub zbliżającymi się ich derbami z Schalke. Może i dobrze - zbyt rzadko zdarzają nam się takie futbolowe wieczory jak ten w Dortmundzie, by spychać je w cień pozaboiskowych ekscesów piłkarza broniącego się przed spadkiem z Bundesligi, na miejsce którego czeka w kadrze kilku profesjonalistów. Zresztą Peszko woli chyba inne suplementy niż Lewandowski i jego koledzy z Borussii.
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Mam coraz większe przekonanie, że szefem tej ekipy nie jest już Franciszek Smuda. Jeśli skreśla on dyscyplinarnie z kadry dwóch reprezentantów, a kilka godzin później dyrektor reprezentacji Tomasz Rząsa dementuje, że „nie ma mowy o wykluczeniu Sławka Peszki i Marcina Wasilewskiego”, to już chyba dobitny dowód, że 63-letni selekcjoner został przez swoich współpracowników, przełożonych i znajomych na dobre ubezwłasnowolniony.
Zaledwie kilka godzin po informacjach niemieckich mediów o nocnych wybrykach Sławomira Peszki (piłkarz FC Köln miał awanturować się w taksówce i spędzić noc w izbie wytrzeźwień) Smuda poinformował portal Interia.pl, że skreśla piłkarza z reprezentacji na Euro. Zaskakująco dodał też, że Peszko balował razem z Wasilewskim, więc i z niego rezygnuje bez przebaczenia. Byłem zaskoczony, że selekcjoner podejmuje tak drastyczne decyzje opierając się jedynie na „telefonach od niemieckich dziennikarzy”. O ile przypadek Peszki jest ewidentny, na co wskazuje nieprzejednana postawa władz FC Köln (olbrzymia kara finansowa i zawieszenie), o tyle udział w incydencie Wasilewskiego (on chyba w izbie wytrzeźwień nie skończył) jest sprawą do wnikliwego sprawdzenia. Pomijam już to, że wykluczenie Peszki sportowo kadry nie zrujnuje, a wyrzucenie Wasilewskiego to wyrwa najpewniej nie do załatania. To Smuda jest tu szefem - pomyślałem. Skoro podjął takie decyzje, nawet kosztem osłabienia reprezentacyjnej i tak już poszarpanej obrony, widać miał ku temu podstawy. Jeśli jednak dyrektor Rząsa jego decyzję anulował, rozumiem, że rządzący kadrą (bo już chyba nie sam Smuda) są w stanie podważyć autorytet trenera do reszty. Jest w tym wszystkim i menedżer Peszki, Andrzej Grajewski, który w niedzielę odradzał, by nie pisać o Peszce, bo prawda jest w 100 proc. inna. Ostrzegał mnie, że jeśli o wybrykach jego piłkarza poinformujemy, nie zawaha się wytaczać procesów sądowych. A tak w ogóle, że polscy dziennikarze nie są prawdziwymi Polakami, nie znają się na tym, co robią, groził też, że „chodnik, kiedy będziemy obok siebie przechodzić, będzie dla nas zbyt wąski”. Dodajmy, że Grajewski to dobry znajomy Smudy, więc i jemu pewnie wytoczył tyradę w obronie interesów swojego klienta. Swoją drogą, jeśli prawda jest w 100 proc. inna, to z jakiego powodu Peszko przeprasza teraz wszystkich na oficjalnej stronie klubowej. Niestety, sprawa Peszki i Wasilewskiego, decyzje Smudy oraz szybka riposta jego współpracowników, a także silne menedżerskie lobby są kolejnym dowodem na to, że reprezentacja Polski to totalne bezhołowie.
sobota, 07 kwietnia 2012
Tak własną siłą, jak i słabością innych. Dzięki indywidualnościom, ich wyrachowaniu, doświadczeniu, ale czasem także z przypadku. W stylu momentami porywającym, ale bywało, że i żenującym. W Wielką Sobotę, pięć kolejek przed końcem sezonu można już chyba ogłosić, że mistrzem Polski w sezonie 2011/2012 zostanie Legia. Występując w mocno przetrzebionym kartkami składzie przeciwko rewelacyjnemu w tym sezonie Ruchowi lider udowodnił, że ma największy potencjał kadrowy, jego piłkarze najwięcej spokoju oraz umiejętności. I nawet jeśli czasem jego piłkarze bywają irytujący (Ljuboja), na T-Mobile Ekstraklasę to prawdziwe gwiazdy. Z czterema punktami przewagi nad Ruchem, mając w perspektywie tylko dwa wyjazdowe spotkania w Łodzi z Widzewem i w Gdańsku z Lechią legioniści nie powinni już w tej walce polec. Tym bardziej że widać w nich determinację godną mistrza. Nawet wbrew trenerowi, z którego ust przed sobotnim hitem popłynął bezprecedensowy komunikat, że jego drużyna wcale nie jest faworytem. Wypowiedzią tą szkoleniowiec przeszedł do annałów, bo jako pierwszy w ostatniej historii klubu stwierdził, że klub z Łazienkowskiej przed własnymi kibicami nic nie musi. Potwierdził to zresztą tuż przed meczem jego asystent Rafał Janas, który uznał, że remis wystarczy do obrony pozycji lidera. Na szczęście piłkarze tych słów nie wzięli serio, byli żądni wygranej od pierwszej minuty, odebrali swojemu przeciwnikowi jego największe atuty - taktyczną dyscyplinę, bezpardonowe odbiory czy nieustępliwość godną lidera ligi. Co z Ruchem? 5 marca, kiedy chorzowianie zajmowali miejsce czwarte miejsce w tabeli, tracili do prowadzącego Śląska pięć punktów i nikt o zdrowych zmysłach nie podejrzewał, że mogą bić się o mistrzostwo Polski, trener Waldemar Fornalik - z filozofią odwrotną do Skorży - powiedział mi: Ruch mistrzem? Czemu nie? Podchodzę do tego z dużym dystansem, ale kiedy słyszymy śpiewy kibiców „Na piętnaste nadszedł czas...", myślimy sobie, dlaczego nie? Panie trenerze, chyba jeszcze nie teraz. Na mistrzostwo w tym sezonie najbardziej zasłużyła Legia.
piątek, 30 marca 2012
Legia czeka na wygrany mecz przy Reymonta, odkąd polską publiczność zaczął podbijać Rysiek z serialu „Klan”, czyli od 1997 r. Dziś hit w Krakowie, na który w Magazynie Ekstraklasy zapraszają Leszek Miklas, dyrektor sportowy Legii, i Jacek Zieliński, drugi trener kadry. - Mecz z Wisłą to mecz prawdy. Kolejny, bo było już takich kilka, i ta prawda nie jest najlepsza. Jeśli nie osiągniemy w Krakowie satysfakcjonującego wyniku, trzeba będzie się zastanowić, czy my naprawdę jesteśmy na tyle dojrzali, by sięgnąć po mistrzostwo – mówi Miklas. - Nie trzeba mówić o tym, że Legia będzie mistrzem, bo tak jest co roku. Przyjmuję jednak wersję, że teraz jest wysoko, bo czołówka nie gra zbyt dobrze – dodaje Zieliński. Dyrektor sportowy mówi, że nie uczestniczy w negocjowaniu nowej umowy z Maciejem Skorżą na kolejne sezony, ale takie rozmowy właśnie trwają. Podobnie jak z Danjelem Ljuboją. Innym ważnym meczem 24. kolejki jest starcie Polonii ze Śląskiem. - Sądziłem, że właściciel Polonii wytrzyma do końca sezonu i nie zwolni trenera. Ktokolwiek by nie został nowym szkoleniowcem, zawsze będzie nadzwyczajna mobilizacja. My też w zeszłym sezonie przegrywaliśmy hańbiąco, ale wytrzymaliśmy ciśnienie – mówi Miklas. - To nie problem trenera, przyczyn trzeba szukać gdzie indziej. Nie wiem, czy ten zespół jest dobrze dobrany, czy ci piłkarze do siebie pasują. Już nie wspomnę o takich rzeczach jak charakter, ambicja, motywacja – uważa Zieliński. Obaj goście zapowiadają również pozostałe spotkania, a dyrektor Legii zdradza, czy weźmie z Legii Semira Stilicia.
poniedziałek, 26 marca 2012
Trzy tygodnie temu pisałem, że Patryk Małecki zostanie przywrócony do składu Wisły i że pewnie skończy się to mocnymi roszadami w strukturze zarządczej mistrza Polski. Z Małeckim miało być zaraz po przyjściu trenera Probierza, stało się dopiero teraz. To jedyny błąd w informacji, którą wówczas podałem, a która wywołała wściekłość m.in. wśród kibiców Wisły. Dziś o powrocie Małeckiego, w Magazynie Ekstraklasy po 23. kolejce, mówi Tomasz Smokowski, szef sportu w Canal+. - Jego przywrócenie jest mało edukacyjne – twierdzi dziennikarz i komentator. O krnąbrnym piłkarzu Wisły opowiada też Ryszard Szul, były trener od wychowania fizycznego w tym klubie. Wspomina, że już przed laty, kiedy Małecki był młodym chłopakiem, były z nim wielkie problemy, które wszyscy bagatelizowali i darowali mu kary, bo strzelał gole. W magazynie także o innych wydarzeniach ligowych. - Nie wiem, co oznaczają radykalne zmiany w Lechu. Ale jeśli Stilić nie mieści się nawet w meczowej osiemnastce i siedzi na trybunach, to może wbrew temu, co zapowiadał trener Mariusz Rumak, odsunięci są ci, którym kończą się kontrakty. Następne spotkania powiedzą nam więcej. Szkoleniowiec z Poznania zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale wiosną jego zespół nie ma wyników, więc można by rzec: dobry trener, tylko nie ma wyników – mówi Smokowski. Lech wygrał ze Śląskiem 2:0, choć np. karny i czerwona kartka dla Piotra Celebana były, zdaniem naszych gości, niesłuszne, a wcześniej wrocławianie strzelili sobie samobója. - Ruch jest najbardziej rozpoznawalną drużyną ligi. Biegną do każdej akcji, jak do pożaru. Może niektórym nie mieści się w głowie, by zespół ten został mistrzem, ale czym różni się on od Legii czy Śląska? - uważa Smokowski po wygrane chorzowian z Wisłą 1:0. Fizjolog odpowiada, czy da się wygrać w Polsce ligę świetnym przygotowaniem fizycznym. Legia zremisowała z GKS 1:1, fizycznie nie wygląda źle, ale i tak zawodzi. - Drużyna zmierza w dobrą stronę, sądzę, że jakość weźmie górę i zespół sięgnie po mistrzostwo – twierdzi Szul. - Nikomu chyba nie mieści się w głowie, że Legia miałaby nie sięgnąć po tytuł. Patrząc na skład, możliwości, nie ma nikogo silniejszego w Polsce – kończy Smokowski i mówi, że Danjel Ljuboja to piłkarz świetny, ale irytujący.
poniedziałek, 05 marca 2012
Dziś w Magazynie T-Mobile Ekstraklasy moimi gośćmi są Jakub Rzeźniczak i Cezary Kucharski. Po raz pierwszy za kadencji Macieja Skorży Legia została liderem, to nasz pierwszy temat. - Po tym pierwszym potknięciu w Zabrzu tak kolorowo to nie wyglądało. Całe szczęście, że tak dobrze wyszedł nam mecz we Wrocławiu, teraz jesteśmy liderem i nie chcemy z tej pozycji schodzić do końca sezonu – mówi pomocnik warszawskiej drużyny. - Gdybyśmy byli w Niemczech, to Śląsk byłby mistrzem, bo tam lider po jesieni raczej nie wypuszcza prowadzenia do końca. Ale to Legia jest najsilniejsza, bo ma mnóstwo piłkarzy, którzy mogą rozstrzygać o losach ważnych meczów. We Wrocławiu takich nie widzę – dodaje Kucharski menedżer piłkarski i parlamentarzysta. Rewolucji taktycznej dokonał w Wiśle nowy trener Michał Probierz, który po raz pierwszy od wielu miesięcy postawił na dwóch napastników. - Byłem zaskoczony zmianą szkoleniowca, bo szefowie Wisły zapewniali, że Kazimierz Moskal może być szkoleniowcem na lata. Zmianą taktyki Probierz chciał pokazać, że zawsze chce wygrywać – dodaje Kucharski, który uważa, że dobrym gestem trenera byłoby przywrócenie Patryka Małeckiego. - Probierz nie powinien się bać pracy z trudnymi piłkarzami. Wydobędzie z niego co najlepsze – twierdzi. Kto spadnie z ligi? - Sportowo Cracovia, no chyba że znów będą kombinacje z licencją – uważa Kucharski.
piątek, 02 marca 2012
Wiedział co robi Patryk Małecki nie odchodząc z Wisły do Lechii, ŁKS lub Zagłębia Lubin. Musiał też wiedzieć o planowanej zmianie trenera, która najprawdopodobniej odbyła się za plecami obecnego prezesa Bogdana Basałaja, a bezpośrednio na linii Bogusław Cupiał - Michał Probierz. W dzisiejszym Magazynie Ekstraklasy, zapowiadającym 20. kolejkę, pytałem moich gości, czy w związku z roszadami w drużynie mistrza Polski, ma szansę na powrót niesforny i wyklęty przez obecnych działaczy Małecki. Marek Jóźwiak np. nie dawał mu większych szans. Właśnie dostałem informację, że od poniedziałku 24-letni pomocnik znów rozpocznie treningi w Wiśle. To chyba ostateczny dowód na to, że przy Reymonta nastąpi latem niemała rewolucja na dyrektorskich stołkach. Dziś w Gazecie Wyborczej prezes Basałaj mówił przecież stanowczo, że nie ma absolutnie żadnych szans, by Małecki wrócił do drużyny. Prezes Bogdan Basałaj twierdzi, że nie ma możliwości, Małecki wrócił.
W Magazynie Ekstraklasy zapowiadającym 20. kolejkę moimi gośćmi są Mateusz Borek i Marek Jóźwiak. Wyszedł bardzo ciekawy program, a zaczęło się od Michała Probierza, który podpisał kontrakt z Wisłą, ale wcześniej odrzucił propozycję 2,5-letniego kontraktu w Cracovii za 50 tys. zł miesięcznie. Nie mógł za to znaleźć się w Lechu, bo popierał go tylko jeden członek zarządu. - Przyjście Probierza w Wiśle to koniec pewnych układów i personaliów w Wiśle. Zwłaszcza że porozumiał się z tym klubem już wcześniej, kiedy odchodził Robert Maaskant. Z końcem czerwca wygasa kontrakt dyrektorowi sportowemu Stanowi Valcksowi i prezesowi Bogdanowi Basałajowi. Obaj raczej się z Wisłą pożegnają - twierdzi Mateusz Borek, komentator Polsatu. Czy nowy trener oznacza powrót Patryka Małeckiego? - U nas w klubach po zmianie trenera przywracani są do pierwszej drużyny są wszyscy piłkarze. W przypadku Małeckiego raczej tak nie będzie - twierdzi Marek Jóźwiak, dyrektor skautingu w Legii, który wypowiedział się również na temat Macieja Skorży i jego przejścia po sezonie do Lecha. - Nie interesuje mnie ten klub, prezes Rutkowski i to czy będzie teraz stawiał na Rumaka czy Araba, żeby później postawić na Skorżę. On jest u nas, może przedłużyć umowę, nawet jeśli nie zdobędzie mistrzostwa Polski. A jak zechce pójść do Lecha, to niech idzie, powodzenia - mówi Jóźwiak. W meczu dwóch największych rozczarowań, klubów, które marnotrawią miliony złotych, sprowadzają tabuny piłkarzy i rok w rok mają kłopoty sportowe, Zagłębie zagra z Cracovią. Do tego w Lubinie szkoleniowiec z makabrycznym bilansem przegranych spotkań i podstarzali piłkarze zagraniczni. - Za to wszystko płaci polski podatnik, Małeckiemu proponowali 80 tys. zł miesięcznie - mówi Borek. Ważny mecz gra Polonia, której szef już wziął na dywanik trenera Zielińskiego po porażce z Widzewem.
środa, 29 lutego 2012
W Magazynie Siatkarskim dziś o Jastrzębskim Węglu, obsadzonym wieloma gwiazdami światowej siatkówki, typowanym nawet do mistrzostwa Polski, który przegrał kolejny mecz i rundy zasadniczej najpewniej nie zakończy nawet w czołowej czwórce. - Już dziś możemy powiedzieć bez żadnego ryzyka, że transfery nie były trafione. Obcokrajowcy są na minusie, Polacy uwijają się jak mogą - mówi Wojciech Drzyzga, ekspert Polsatu i Sport.pl. Szef polskich sędziów Andrzej Lemek też ma uwagi do klubu ze Śląska. Jego zdaniem włoski trener Jastrzębskiego Węgla Lorenzo Bernardi nie rozumie, na czym polega system sprawdzania kontrowersyjnych sytuacji. Wojciech Drzyzga mówi także o kuriozalnych decyzjach trenera siatkarek Atomu Trefla Sopot i twierdzi, że w wypowiedzi szkoleniowca Muszynianki Bogdan Serwiński wkrada się hipokryzja.
poniedziałek, 27 lutego 2012
Zapraszam na Magazyn Ekstraklasy po 19. kolejce. Moimi gośćmi są Jacek Zieliński, drugi trener kadry, i Tomasz Łapiński. Podsumowują hit Śląsk - Legia, wytykają błędy liderowi, a także zastanawiają się nad krewkimi piłkarzami Wisły. Dyskusja przeniosła się również na reprezentację, powołanie Artuta Boruca i ostre słowa Tomasza Hajty pod adresem Franciszka Smudy, który zabiera mu Tomasza Frankowskiego na cztery dni. - Nie wiem po co te zarzuty Hajty, dlaczego miesza w to Smudę. Taka była umowa i już - twierdzi ostro Jacek Zieliński. - Dla mnie to temat zastępczy - dodaje Tomasz Łapiński.
niedziela, 26 lutego 2012
Śląsk Wrocław bezprzykładnie dla innych finansowych średniaków zmierza po mistrzostwo Polski. Na jego drodze stanie jutro Legia, której działacze również doszli do wniosku, że triumf w naszej lidze wcale nie wymaga fortuny.
Na podium rzucali się w ostatnich latach mocarze. Poza przypadkiem, kiedy w 2007 r. po tytuł sięgnęli pławiący się w państwowej kasie KGHM piłkarze Zagłębia Lubin, złoto zgarniały przede wszystkim kluby finansowane przez kochających futbol bardziej niż zdrowy rozsądek biznesmenów. Kilka lat zajęło, by ci przekonali się, że krociowe inwestycje w krajowe trofea nigdy się nie zwrócą, a przecież Ligi Mistrzów, która jako jedyne rozgrywki w Europie przynosi naprawdę realne zyski, polskie ekipy nie dostąpiły od 15 lat. Tak wykruszył się Groclin, wytwór samochodowego biznesu Zbigniewa Drzymały z maleńkiego Grodziska Wielkopolskiego. Z coraz mniejszym entuzjazmem podchodzi do futbolu właściciel broniącej tytułu Wisły Kraków Bogusław Cupiał, coraz mniej kasy wkłada w piłkę Jacek Rutkowski, szef Lecha Poznań, mistrza sprzed dwóch lat. Kłopoty finansowe koncernu ITI skutecznie pozbawiły chęci na wielką Legię także Mariusza Waltera, który chce już odbierać to, co włożył, a nie dawać jeszcze więcej. W przededniu wiosennych rozgrywek w naszej ekstraklasie i Lidze Europejskiej, z której warszawiacy odpadli w czwartek, pozwolił na sprzedaż trzech perspektywicznych piłkarzy: Ariela Borysiuka, Macieja Rybusa i Marcina Komorowskiego. Cel pozostawił jednak ten sam - mistrzostwo. Inaczej do inwestycji w krajową piłkę podszedł nowy współwłaściciel Śląska Zygmunt Solorz. Jeden z najbogatszych Polaków po przejęciu klubu w 2009 r. nie rzucił na stół milionów, ze swoim partnerem w futbolowym interesie - miastem Wrocław - od początku spiera się i liczy każdą złotówkę. Stara się opierać finanse klubu przede wszystkim na hojności ratusza niż swoim wkładzie. Zamiast najbogatszym Śląsk - z budżetem o blisko jedną trzecią mniejszym od Legii i Wisły - pozostał średniakiem. Średniakiem, ale z pomysłem. Wrocławska drużyna to żadne asy polskiej piłki. Nie błysną na czerwcowym Euro, nie ma wśród nich rokujących na wielką karierę talentów. To solidni, wiekowi piłkarze, w wielu przypadkach po przejściach (Sztylka, Kaźmierczak), niechciani w innych klubach (Pawelec, Pietrasiak, Wasiluk, Ćwielong), powracający po nieudanych zagranicznych wojażach (Mila) bądź też relatywnie tani obcokrajowcy (Diaz, Voskamp). I właśnie z takich piłkarzy - przeprowadzając w rundzie jeden, góra dwa transfery - blisko 70-letni trenerski weteran Orest Lenczyk poskładał zespół zdolny bić się o mistrzostwo. „Dziadek" - tak nazywają trenera piłkarze - półtora roku temu wyciągał Śląsk z przedostatniego miejsca w tabeli, sezon zakończył na drugim miejscu, a teraz pędzi po mistrzostwo. Czy to przypadek? 38 pkt to zaliczka, która po 18 meczach nie zawsze dawała końcowy sukces. Za drużyną Lenczyka przemawiają jednak wszelkie statystyki. Ich opracowane do perfekcji stałe fragmenty gry reklamuje aż 12 (na 32) goli z rzutów rożnych, wolnych i karnych. Wrocławianie szczycą się również największą liczbą strzałów i strzałów celnych w całej lidze. Mają także doskonale grających głową obrońców: Pietrasiaka, Fojuta i Celebana. Lenczyk to trenerski weteran ze świetnym warsztatem, niepopartym jednak - poza mistrzostwem z Wisłą pod koniec lat 70. - wieloma sukcesami. Mówi o sobie, że przez dekady częściej zmagał się z wszechogarniającą nasz futbol korupcją niż z rywalami. Podkreśla, że być może jako jeden z nielicznych w Polsce nie ubabrał się piłkarskimi przekrętami. Legia, choć odpadła w czwartek z Ligi Europejskiej, zrobiła to z przytupem, prezentując ułożoną, mocno kombinacyjną jak na polskie warunki grę. W ekstraklasie drużyna Macieja Skorży w trzy dni potrafi jednak pokazać zupełnie inne oblicza - na finiszu jesieni przegrała z Koroną Kielce, w ubiegłą niedzielę trafiła się jej wpadka z Górnikiem Zabrze (0:2). Legionistów, już po odejściu Rybusa i Komorowskiego, wesprą nowi zagraniczni koledzy (Novo, Blanco) oraz wracający po kontuzji żeber Radović. Mogą być zarówno atutem, jak i mankamentem, bo trzy zmiany na tak znaczących pozycjach w spotkaniu na szczycie mogą się nie powieść. Bo dla Legii to jest mecz o wszystko. Jeśli Legia go przegra, ośmiopunktowa strata do Śląska może być już nie do odrobienia.
sobota, 25 lutego 2012
Zbaraniałem, kiedy rankiem zobaczyłem tytuły „Kapitan reprezentacji: Boruc powinien być w kadrze”. Klikać w te linki za bardzo nie chciałem, sądząc, że to któryś z byłych „szefów” drużyny narodowej wpakowuje Franciszkowi Smudzie bramkarza Fiorentiny. Byłem pewien, że chodzi o Michała Żewłakowa, skazanego razem z Borucem na reprezentacyjną banicję. O bramkarzu wypowiada się jednak aktualny kapitan Jakub Błaszczykowski. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówi m.in.: „Nikogo nie trzeba przekonywać, ile Artur jest wart. Pod względem sportowym powinien mieć miejsce w reprezentacji”. Dalej pomocnik Borussii mówi, że o braku powołań decydują aspekty niezwiązane ze sportem i że drużyna namawiała Smudę, by przywrócił 32-letniego bramkarza. Korowody z powrotem Boruca - odsuniętego od kadry półtora roku temu za wybryki i wywiady, w których nazywał selekcjonera „Dyzmą” - zaczęły się w tym tygodniu, na 100 dni przed Euro, wraz z jego wywiadem dla TVP Sport. Bramkarz nawoływał w nim do pojednania: „Wcale nie musi się tak wiele wydarzyć, żebym wrócił do reprezentacji. Można się porozumieć. Rozmowa w cztery oczy byłaby lekiem na całe zło. Bardzo chciałbym grać na Euro”.
Wiedząc jak delikatna to sprawa, jak alergicznie na nazwisko „Boruc” reaguje Smuda (przekonałem się, rozmawiając z nim dwa dni temu), sądzę, że nad wywiadem Błaszczykowskiego selekcjoner też nie przejdzie obojętnie, że może być z tego kolejna chryja. Smuda - wiadomo nie od dziś - nie znosi, kiedy ktoś podważa jego decyzje, narzuca mu coś, imputuje niekonsekwencję i zdradza, co dzieje się za drzwiami kadry. Tym bardziej, jeśli robi to kapitan, najbardziej zaufany trenera, ten sam, który w reportażu Romana Kołtonia „Polonia Borussia” w Polsacie Sport zarzucał Robertowi Lewandowskiemu, że posunął się za daleko, udzielając mi rok temu wywiadu pt. „Brakuje nam ustawienia”. Nie mam zdania, czy Boruc powinien wrócić czy nie. Sportowo - tak. Z tej drugiej strony - nie wiem. Jak działa na grupę, czy rozsadza ją od środka czy może zjednuje jak ojciec najlepszy, wiedzą tylko kadrowicze i sztab szkoleniowy. I to właśnie ci ostatni, ze Smudą na czele, poniosą konsekwencję wszystkich swoich decyzji. Na razie niektórzy członkowie kadry, z którymi dziś rozmawiałem, są zaskoczeni wywiadem Błaszczykowskiego. I przekonani, że najpewniej niefortunnie sprecyzował swoje myśli. Jutro, w pierwszym dniu zgrupowania przed meczem z Portugalią, sprawa ta na pewno będzie na tapecie. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Euro 2012
Inne polecane
O piłce nożnej
O rugby
O siatkówce
Polecane blogi
Vancouver 2010
Bądź na bieżąco
|