Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Blog > Komentarze do wpisu

Przyjazna Liga Mistrzów. I Ty możesz tam być…

To trochę tak, jakby do najbardziej ekskluzywnego hotelu w Monte Carlo wpakował się gustownie ubrany, ale średniozamożny klient. Wstydu nie narobi, bo wychowany jest według zasad, a i innym udowodni, że może czasem warto miejsca przeznaczone nowobogackim otworzyć przed zwyczajnymi i pracowitymi.

Tak się porobiło z Ligą Mistrzów, że wreszcie wyszła do ludzi. Szykowne sale są już nie tylko dla zmanierowanych milionerów paradujących w ekstrawaganckich garniturach, podjeżdżających doń wymyślnymi markami wozów za miliony dolców. Nawet kluczowe fazy tych rozgrywek nie są już kwestią pieniędzy, coraz częściej rządzą się regułą: kto pracuje, ten ma. Wraca normalność.

Na taki stan rzeczy nie mogą płakać ligomistrzowi zarządcy. Wejście do finału Atletico jest czymś naprawdę fascynującym. Mam może nieco ograniczony zmysł do biznesów, ale za to nie najgorsza intuicja pozwala mi stwierdzić, że nic lepszego nie może Lidze Mistrzów się przydarzyć niż sobotnie zwycięstwo w Lizbonie ubogiego Atletico nad monumentalną konstrukcją finansowo-organizacyjną Realu. Zobaczcie sami, ile więcej materiałów dziennikarskich powstało w tym sezonie przy Lidze Mistrzów poprzez niesamowitą historię Diego Simeone i jego ekipy. Przekaz ten wzmocniony jest mistrzostwem Hiszpanii zdobytym przed tygodniem, dramaturgią ostatnich kolejek, w których odegrały swoje główne role obrzydliwie bogate Barcelona i Real oraz wychodzące z cienia Atletico.

Poprzeglądałem zagraniczne portale i fora, poza geniuszem Messiego, sztukami Ronaldo i ekscentryzmem Mourinho nie przypominam sobie takiego fioła na punkcie jednej osoby jak ma to miejsce teraz w przypadku Argentyńczyka. Pomijam jego charakterystyczny look, rozpoczęło się studium przypadku Simeone w każdym aspekcie. Zapytał mnie nawet znajomy zajmujący się szkoleniami wśród ludzi biznesu, czy nie znam kogoś, kto spotkałby się kiedyś z Simeone, opowiedział o nim historię, która pozwoliłaby stwierdzić, jak bardzo różni się Simeone piłkarz od Simeone trenera.

Pisałem o tym w jednej z poprzednich notek – nie różni się niczym, co opowiadał Tomasz Łapiński. Jego Widzew grał z Atletico, a Argentyńczyk dał się we znaki wszystkim, których spotkał na swojej drodze.

Simeone staje się kimś więcej niż trenerem - drogowskazem dla pracowitych, niewątpiących w swoją ideę, idąc dalej może być również patronem sfrustrowanych, którzy przekreślają swoje szanse na starcie uginając się pod ciężarem niedogodności, finansowych niedostatków, salonowego nierozeznania. Simeone to po prostu fajny gość, nazywany przez niektórych pasterzem, który z owiec robi prawdziwe bestie. Dzięki niemu chyba na nowo zakochałem się w Lidze Mistrzów.

W sobotę o 20.45 finał i koniec tegorocznej zabawy. Wraz z nimi akcja Heinekena, sponsora LM, „Mecz za piwo". Wystarczy kupić jedno dowolne opakowanie Heinekena, wpisać kod spod kapsla lub zawleczki, by móc obejrzeć mecz Ligi Mistrzów na www.liga.heineken.pl. Ponadto każdy będzie mógł wziąć udział w walce o cenne nagrody, m.in. PlayStation4 i pięciolitrowe kegi Heinekena.



piątek, 23 maja 2014, iwanczyk_gw_sport.pl

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/06/05 16:57:51
Co Liga Mistrzów to Liga Mistrzów!
-
2014/06/25 14:52:14
Wspomnień czar można rzec



Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna
Bądź na bieżąco