Trzecia część meczu - blog Przemysława Iwańczyka
Blog > Komentarze do wpisu

Rugby zarazi każdego

Być w Warszawie i nie pójść na mecz rugby? Brytyjczycy czy Francuzi by wam tego nie wybaczyli. Ja też kiedyś nie chciałem. Aż się zaraziłem.

Myślę, że wystarczającym zaproszeniem na niedzielny mecz Polska - Czechy (godz. 15, stadion Polonii w Warszawie) są słowa Grzegorza Kacały, polskiego rugbisty wszech czasów. Dziś w Gazecie Wyborczej mówi tak: - Gra reprezentacja, orzełek, biało-czerwony strój, wiadomo. Do tego nieudawana walka twardych jak tury facetów. Czy trzeba dodawać coś więcej? Mam nadzieję, że będzie to przynajmniej tak samo wielkie widowisko jak w maju, kiedy rugbiści zagrali na Polonii po raz pierwszy. Widziałem mnóstwo ludzi, którzy nie mieli dotąd naszego sportu, a obserwowali rugbistów z wielkim podziwem.

Z rugby jest tak - raz wejdziesz, nie wyjdziesz. Choć początki bywają trudne.

W latach 80. próbował mnie wciągnąć sąsiad, ale wolałem piłkarskie mecze ŁKS i Widzewa. Wreszcie na początku lat 90., jako początkujący reporter łódzkich gazet, chodziłem w niedzielne popołudnia na stadion przy ul. Górniczej. Nuda - pomyślałem. Wykopują piłkę w aut i jeszcze biją brawo, sędzia co chwila dyktuje karne, a siedząca obok mnie kobieta drze się w niebogłosy (jak się później okazało, była to Jadwiga Ociepa, pracownik klubu, którą znają w całej rugbowej Polsce).

Ale rugbiści byli ujmujący. Siadali po meczach i przy piwie dyskutowali z kibicami. Z rywalami, z którymi wcześniej się prali na boisku, też. I jeszcze wyglądali na najlepszych na świecie kumpli. A jak raz zostawiłem na trybunach kurtkę, przyjechałem po kilku dniach i złożona w kostkę zguba czekała na mnie w sekretariacie.

To muszą być fajni ludzie - pomyślałem. I tak z dziennikarskiej udręki rugby stało się sportem, wokół którego wszystko zaczęło się kręcić. Pierwsze wyjazdy z drużyną, treningi z ligowcami, które stały się inspiracją do kolejnych tekstów w gazecie, etc.

Teraz rugby wychodzi z niszy. Mecze kadry i ligi można oglądać w Polsacie, kluby mają sponsorów (choć nielicznych to jednak warto o tym wspomnieć), część zawodników dostaje nawet pieniądze za grę. I tylko jedno się nie zmieniło. Atmosfera.

Nawet jeśli nie wiecie o co w tym wszystkim chodzi, naprawdę warto przyjść i spróbować się tym zarazić. Zresztą co ja tam będę gadał. Niech zachęci Was Grzegorz Kacała, człowiek czołg lub człowiek demolka - jak mówią o nim na Wyspach - który w świecie rugby, był tym, kim Zbigniew Boniek dla piłki: Przyjdźcie - i zwracam się z tym apelem nie tylko do mieszkańców Warszawy - dopingujcie, a się nie zawiedziecie. Każdy z chłopaków da z siebie tyle, ile może, nikt nie przejdzie obok gry. Stwórzmy angielski model social rugby, wokół którego buduje się społeczność. Później zastanówmy się, jak osiągać sukcesy.

Na koniec fragment mojego tekstu o Kacale, który ukazał się w październikowym magazynie „Logo”. Jest jeszcze w kioskach.

„W samym Trójmieście o Kacałę nikt nie pyta - znają go wszyscy. To chłopak z Sopotu, który się zawziął, wyjechał z Polski i zrobił wielką karierę w jednym z najtrudniejszych sportów zespołowych. W rugby, w którym trzeba być skończonym atletą, mieć siłę konia, wytrzymałość maratończyka, niezłomny charakter Jamesa Bonda i honor japońskiego samuraja.

Właściwie nie do końca wiadomo, dlaczego polski sport nie wykorzystał Kacały. Polska nie zna chyba przypadku, by ktoś, kto osiągnął w swojej dyscyplinie sportu wszystko, był ceniony za granicą, a u nas w ogóle niedostrzegany. To tak, jakbyśmy w ogóle nie wiedzieli nad Wisłą, kim jest Zbigniew Boniek.

Greg - tak mówili o Kacale we Francji i na Wyspach - ma to w nosie. Kiedy trzeba, udzieli wywiadu telewizji, z każdym porozmawia, znajdzie czas na piwo z kumplami. I wie, że wracając do miejsc, gdzie spełniał się jako rugbista, nie przejdzie niezauważony. W walijskim Cardiff nie będzie musiał płacić rachunków, w drodze po gazetę rozda setki autografów, a we francuskim Brive spragnieni prawdziwych gwiazd gapie będą notować, co Kacała włożył w supermarkecie do koszyka.

Greg o Polsce jednak zawsze pamiętał. Jego przywiązaniu do niej dziwili się przede wszystkim Francuzi, kiedy po wygranym finale Pucharu Heinekena (odpowiednik piłkarskiej Ligi Mistrzów) Kacała uznany został za najlepszego zawodnika meczu. Odbierając trofeum, nałożył na głowę biało-czerwoną czapkę. Finał w Cardiff oglądało 40 tys. kibiców, niedługo potem władze walijskiego klubu ściągnęły Kacałę do siebie, uznając, że takiego gościa przegapić nie można. Francuzi też go chcieli mieć dla siebie, a prezydent Jacques Chirac osobiście zabiegał o francuski paszport dla niego i możliwość gry dla kadry Trójkolorowych. Kacała nie skorzystał. Po wyjeździe do Walii dostał kontrakt artysty. Zarabiał kilkaset tysięcy funtów rocznie, co było sumą zawrotną.

Ale nie płacili mu za nicnierobienie. Na boisku Kacała wykonywał najczarniejszą robotę - walczył, by umożliwić kolegom wyjście do ataku, niszczył przeciwnika w defensywie. Człowiek czołg lub człowiek demolka - tak mówili o nim na Wyspach. Grał w formacji młyna, więc nikt mu nie podskakiwał. Do tego stopnia, że we francuskim Brive Kacała i jego koledzy z młyna podzielili szatnię na pół, rysując przez środek czarną linię. Gracze formacji ataku (na ogół mniejsi i mniej waleczni) nie mieli prawa przekroczyć tej granicy. - Nazywaliśmy ich dziewczynkami - opowiada Kacała. - Jeden z nich próbował się wkupić. „Chłopaki, przecież walczyłem, pozwólcie mi przejść". Nie pozwalaliśmy. Któregoś dnia przeszedł linię. Poczekaliśmy na następny trening i tak mu wtłukliśmy, że nie wyszedł na następny mecz. Trochę było mi go żal, zwłaszcza że honorowo nie powiedział trenerowi o całym zdarzeniu. Ale i tak pozwolenia od nas nie dostał. Gdyby znów złamał zasadę, dostałby jeszcze mocniej.

43-letni dziś Kacała ma grubo ponad 190 cm wzrostu i waży grubo ponad 115 kg. Kiedy spotkaliśmy się ostatnio na finale ligi polskiej w Gdyni, wyglądał na jeszcze większego. Udzielając wywiadu telewizji, nie mieścił się w kadrze. Chcąc porozmawiać, chwyciłem go za ramię. Tzn. dotknąłem skały, bo Kacała wydaje się być posągiem, którego nic nie przewróci”.

Zakłady bukmacherskie w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

piątek, 23 października 2009, iwanczyk_gw_sport.pl

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/10/23 16:35:31
Wystarczy jeden mecz, żeby się zarazić. Ja zacząłem od derby Trójmiasta - Ogniwo kontra Lechia. Było zimno jak cholera, mecz jednostronny, ale i tak widowisko wciągało. To po prostu niezwykle interesujący sport.
-
2009/10/23 16:37:50
Czyli można się cieszyć, że budowany w Warszawie Stadion Narodowy będzie miał boisko o wymiarach, dające możliwość rozgrywania meczów rugby. Brawo!
-
Gość: magic ball, coner-r.3s.pl
2009/10/23 23:23:00
Niestety na południu polski rugby nie jest tak popularne jak na północy. Choć w moim rodzinnym mieście Sosnowcu w kwestii rugby też coś zaczyna się dziać.
-
2009/10/24 20:27:53
TYPY na CZWARTĄ kolejkę PLS:
- Wieluń - Bydgoszcz 1-3
- Politechnika - Olsztyn 3-0
- Radom - Częstochowa 1-3
- Bełchatów - ZAKSA 2-3
- Resovia - Jastrzębie 3-1
-
2009/10/25 13:33:24
Polska wygra!!!
-
2009/11/13 13:59:59
@Adrianek

Każde boisko piłkarskie się nadaje do rozegrania meczu rugby. Tylko słupy postawić i kaman ;)
sport.pl
Tam jestem
  • wyborcza
  • polsatsport
  • rugbypolska.pl
Bądź na bieżąco